Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Samorząd

Treść pisma musi być zrozumiała dla mieszkańców oraz zgodna z zasadami ortografii

Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Mazowieccy urzędnicy pisali dyktando. Nie było gżegżółki ani piegży. Nawet kontrowersyjnych "h" i "ó" zabrakło. Ale pojawiło się rybołówstwo, myślistwo i członkostwo oraz sankcje cywilnoprawne

Zgłosiło się ponad 40 osób z różnych wydziałów Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. Test prowadzony był w ramach programu językowego realizowanego przez wojewodę. Jego celem jest sprawienie, by język urzędników był przyjazny mieszkańcom, a jednocześnie ortograficznie, stylistycznie i interpunkcyjnie poprawny.

- Dyktando nie miało być udręczeniem dla urzędników, ale bardziej formą zabawy, a jednocześnie pokazaniem bogactwa i piękna polszczyzny także w pismach urzędowych - mówi koordynator programu w urzędzie Eliza Czerwińska. Dodaje, że takie akcje to pokazanie niuansów języka urzędowego, ale też próba dostrzeżenia przez pracowników urzędu wartości słowa, które przedstawia rzeczywistość.

- Mieszkaniec, który dostaje urzędowe pismo, powinien dostrzec opisywany świat, problem i otrzymać przekaz, który będzie dla niego czytelny. Chodzi o to, by urzędnik pisał jasno, zrozumiale, zgodnie z zasadami języka polskiego - mówi Eliza Czerwińska.

Poloniści nie startowali, ale...

Trzecie miejsce w konkursie zajął wojewoda Jacek Kozłowski. Popełnił cztery błędy. Przyznaje, że, jak dla większości piszących dyktando, problemem było np. słowo "ukamienować", którą większość urzędników pisała "ukamieniować".

- Jednak nie popełniłem żadnego błędu interpunkcyjnego - chwali się wojewoda. Przyznaje, że chociaż nie ma wykształcenia polonistycznego, styczność z językiem pisanym miał od dzieciństwa. - Mama była korektorką i często pracowaliśmy razem. Ja czytałem teksty, często duże powieści, a mama poprawiała błędy, m.in. właśnie interpunkcyjne. Może po prostu opatrzyłem się z polszczyzną - mówi wojewoda Kozłowski.

Dwa pierwsze miejsca zajęli urzędnicy z biura wojewody.

- Mam mamę polonistkę, nie mogłem pisać z błędami - mówi Krzysztof Orzechowski. Z kolei Joanna Karpińska, która zajęła pierwsze miejsce, przyznaje, że od dziecka brała udział w konkursach ortograficznych.

Nie "rz", lecz przecinki

Nie było wśród urzędników piszących dyktando pracy bez błędu, ale ich liczby jurorzy podawać nie chcieli. - Poległam na interpunkcji - przyznaje Monika Lisiecka z biura budżetowo-księgowego. - Dopiero po omówieniu dyktanda uświadomiłam sobie, co to jest wtrącenie i jak jest w rozumieniu urzędowego pisma ważne.

Urzędnicy przyznawali, że problemem było dla nich pisanie nazw. Często nie wiedzieli, czy użyć wielkiej, czy małej litery, albo które nazwy są własnymi. Kłopot sprawił np. urząd patentowy, który, jak się okazuje, w tej formie nie jest nazwą własną. Problem był z nazwą województwa. Największy był jednak z pisownią wyrazów razem lub osobno albo dywizem, a takich pułapek było sporo.

- Nastawialiśmy się na szkolne dyktanda z "rz", "ch", a problem pojawił się gdzie indziej - mówi urzędniczka Małgorzata Kutynia. Dodaje, że takie dyktando to trochę zabawa, ale też uświadomienie sobie, jak ważna jest prawidłowość języka polskiego przy konstruowaniu urzędowych pism.

Wojewoda mówi, że często odsyła pisma przedłożone do podpisu, jeśli widzi w nich błędy, nie tylko ortograficzne. - Decyzje nie mogą nimi razić, bo narażają na szwank powagę urzędu - mówi Jacek Kozłowski. Dodaje jednak, że materia pism urzędowych jest specyficzna. Język musi być precyzyjny, nie może to być polszczyzna literacka.

- Często piszemy do sędziego lub innego urzędnika, a mieszkaniec nie zawsze wie, o co tak naprawdę chodzi i na czym polega problem - mówi wojewoda. - Trzeba to wyważyć, ale zawsze pismo musi być napisane dobrą polszczyzną.

W urzędzie mazowieckim, który wprowadził program językowy dla urzędników, działania mają być kontynuowane. Dla urzędników jest przygotowywany specjalny słownik najbardziej typowych błędów. Koordynator językowy będzie też prowadził szkolenia.

Urzędnicy twierdzą, że to bardzo dobry pomysł, bo dzięki zrozumiałym i prawidłowo napisanym tekstom będą mieli lepszy kontakt z mieszkańcami. - Mniej będzie dodatkowych pytań i wizyt w urzędzie, a i sami będziemy postrzegani bardziej profesjonalnie - mówi Monika Lisiecka.

Socjologowie przyznają, że takie programy językowe prowadzone wśród urzędników to bardzo dobry pomysł. - Przede wszystkim uświadamia się im, że nie piszą sami dla siebie. Urzędowe papiery nie są dla zamkniętego kręgu, ale dla obywatela. Im bardziej zrozumiałe, tym bardziej wiarygodne - mówi socjolog Sławomir Nurek z Uniwersytetu Śląskiego. Dodaje, że choć język urzędowy zawsze był i jest nieco hermetyczny, to, jak wynika z badań, w dwudziestoleciu międzywojennym pisma były dla mieszkańców bardziej zrozumiałe. Teraz jedna trzecia nie wie, o co w urzędowym piśmie tak naprawdę chodzi.

- Przyczyna może też leżeć po stronie legislatorów, którzy formułują nie do końca jasne formuły prawne, często oderwane od języka polskiego - mówi dr Nurek. Przypomina jednak, że hermetyczny, niedostosowany do współczesnej polszczyzny i odbioru społecznego język to przywara nie tylko urzędników, lecz także wielu grup zawodowo-społecznych, choćby księży.

Tekst sprawdzianu*

Niestawienie się na ogólnokrajową wideokonferencję z geochemikiem z województwa zachodniopomorskiego współpracującym z urzędem patentowym przy standardach w produkcji miniaparatów dla niezawodowego myślistwa i półprofesjonalnego rybołówstwa skutkowałoby zastosowaniem sankcji cywilnoprawnych na podstawie ustawy dotyczącej licencjobiorców, obowiązującej od lat 90. XX wieku. Ktokolwiek by, próbując usprawiedliwić swą absencję, zhańbił się krzywoprzysięstwem (bądź też choćby nawet próbował krzywoprzysiąc), lekce sobie ważąc ogólnie znane środki formalnoprawne, zapewne nie zostałby za swój krzywoprzysiężny postępek ukamienowany, lecz na pewno musiałby, zgodnie z aktualnym prawodawstwem, podlec karze abiudykacji. Skazano by go na nieuznanie jego praw do biogazu, toteż należałoby uchylić mu członkostwo w instytucie badającym mikrocząsteczki soi.

*Autorką jest dr hab. Katarzyna Kłosińska

Monika Górecka-Czuryłło

monika.gorecka@infor.pl

Specyficzne słownictwo i logiczna interpunkcja

@RY1@i02/2013/224/i02.2013.224.08800050a.802.jpg@RY2@

Sylwia Rudolf/materiały prasowe

dr hab. Katarzyna Kłosińska, Instytut Języka Polskiego Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego

Czy dyktando, które zaproponowała pani mazowieckim urzędnikom, było trudne?

Nie było trudne, ale takie, które dotyczy ich języka, którym posługują się urzędnicy w korespondencjach z mieszkańcami.

To jest specyficzny język?

Zapewne trochę tak. Dlatego w dyktandzie pojawiły się nazwy urzędów, do których piszą mieszkańcy, często za pośrednictwem pracowników wojewody. Pojawiły się też różne złożenia i zestawienia językowe, których urzędnicy używają. A także dużo specjalistycznych słów, które są w ich pismach.

Czy mieszkańcy tego języka nie rozumieją?

Często nie, bo bywa on niemal jak język obcy. Dlatego dużą wagę przywiązałam, oprócz słownictwa, do interpunkcji. Bo to ona oddaje logikę całego wywodu. Pozwala zrozumieć treść urzędowego pisma.

A jak wypadli mazowieccy urzędnicy?

Całkiem nieźle. Zrobili mało błędów, widać, że ortografię mają opanowaną. Całkiem nieźle. Tzw. ortografów właściwie nie było, choć przyznaję, że nie taka była rola tego dyktanda.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.