Referendum potrzebne, a może nie
Postawiona w tytule teza może się wydawać nieco kontrowersyjna w demokratycznym państwie, ale nie daje mi ona spokoju, odkąd Polskę ogarnął sezon lokalnych plebiscytów. Chodzi rzecz jasna o referenda dotyczące odwoływania miejscowych władz i będące ich konsekwencją przedterminowe wybory do rad gmin, miast czy na stanowiska wójtów, burmistrzów tudzież prezydentów miast.
Gorączka dotarła również do Warszawy i wtedy jako mieszkaniec stolicy musiałem się zmierzyć z tymi samymi pytaniami, co wcześniej ludzie z różnych zakątków kraju: czy jest ono potrzebne, czy warto wydawać na całe przedsięwzięcie ogrom pieniędzy, mimo że do najbliższych wyborów pozostał tylko nieco ponad rok. Wątpliwości potęgowały wyliczenia stołecznego ratusza, który wskazywał, że organizacja głosowania w tak dużym mieście to koszt trzech milionów złotych. Dla porównania w Koszalinie wydatki na samo referendum zamknęły się w kilkuset tysiącach złotych.
Początkowo jednak, w przypływie emocji, przemawiały do mnie argumenty inicjatorów akcji referendalnej z Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej. Jej szef Piotr Guział przekonywał, że demokracja musi kosztować, a na pytania, czy warto wydawać tyle pieniędzy na głosowanie, odpowiadał, że myśląc w ten sposób, można w ogóle zrezygnować z organizowania wszelkich wyborów. Zakładałem, że warto dać się wypowiedzieć mieszkańcom, szczególnie że we mnie również narastała frustracja wywołana ciągłymi problemami z metrem, cięciami w komunikacji, podwyżką cen biletów czy wreszcie zamieszaniem z wdrażaniem nowego systemu zarządzania odpadami, mimo że czasu na dopięcie wszystkiego na ostatni guzik naprawdę było całkiem sporo.
Później jednak emocje ustąpiły miejsca racjonalnemu myśleniu podatnika, który choć w niewielkim stopniu również dokłada się do miejskiego budżetu. A trzeba pamiętać, że zdecydowaną większość wydatków na referenda lokalne pokrywa bezpośrednio samorząd, a więc zamieszkali na danym terenie ludzie. W ten sposób doszedłem do wniosku, że organizowanie referendów mających na celu personalne przetasowania jest zbędnym wydatkiem. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że do najbliższych wyborów zostało ok. 15 miesięcy. Oczywiście, satysfakcja przeciwników Hanny Gronkiewicz-Waltz z jej przedterminowego odwołania byłaby duża, ale proszę się zastanowić, czy z domowego budżetu wydalibyśmy dużą sumę tylko po to, by komuś zrobić na złość? Lepiej przeznaczyć te pieniądze na bardziej przydatne cele.
Cztery lata kadencji to w życiu jednostki samorządu terytorialnego naprawdę nie jest długi okres. Jeśli kogoś wybraliśmy w 2010 r., to dajmy mu dokończyć robotę i pozostawmy go na stanowisku do 2014 r. Wtedy przyjdzie czas ocen i ewentualnie personalnych roszad. Modyfikacje dokonywane w trakcie kadencji nie gwarantują przecież zmian na lepsze, a jedynie mnożą koszty. Wśród tych ostatnich znajdują się nie tylko wspomniane wydatki na przeprowadzenie referendum, lecz także odprawy dla obecnych włodarzy danej jednostki samorządu terytorialnego. Takie argumenty podsuwa nie polityka czy lokalne sympatie i antypatie, ale racjonalna ekonomia.
Oczywiście moja krytyka nie dotyczy instytucji referendum lokalnego jako takiego. Plebiscyty, w których głosuje się nad merytorycznymi kwestiami zaproponowanymi przez mieszkańców, jak na przykład zmiana prawa miejscowego, tworzenie i likwidacja szkół, parków i innych miejsc użyteczności publicznej, są potrzebne. Dzięki nim mieszkańcy angażują się w życie społeczności, co samo w sobie stanowi wartość. Niestety można odnieść wrażenie, że takie głosowania to mniejszość w całej puli lokalnych referendów.
Modyfikacje dokonywane w trakcie kadencji nie gwarantują zmian na lepsze, a jedynie mnożą koszty
@RY1@i02/2013/127/i02.2013.127.088000200.803.jpg@RY2@
Piotr Pieńkosz piotr pienkosz@infor.pl
Piotr Pieńkosz
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu