Cenzura zostanie zrzucona na barki prywatnych podmiotów
Jakub Kralka: Dyrektywa uderzy nie tylko w pirackie serwisy. Stracą też użytkownicy, bo być może gdzieniegdzie stracą możliwość współtworzenia sieci i publikowania swoich własnych treści
Jakub Kralka prawnik specjalizujący się w problematyce prawa mediów i technologii, współwłaściciel portalu internetowego Bezprawnik.pl
Czy naprawdę grozi nam cenzura internetu?
Stwierdzenia o „grożącej nam cenzurze internetu” są uprawnione. Przy czym chodzi oczywiście o cenzurę prewencyjną i na dodatek niejako zrzucaną na barki prywatnych podmiotów. Komentatorzy słusznie zakładają, że wdrożenie dyrektywy doprowadzi do lęku administratorów przed treściami publikowanymi w ich serwisach przez internautów. To z kolei może doprowadzić do dwóch możliwych scenariuszy: całkowitego zablokowania możliwości dodawania treści przez użytkowników w danej witrynie lub też stworzenia mechanizmu, który w wybiórczy sposób będzie monitorował, zatwierdzał lub usuwał pewne materiały. O ile jestem w stanie wyobrazić sobie, że Gazeta Prawna zatrudnia dwie osoby, by prewencyjnie moderowały komentarze w swoim internetowym serwisie, tak zastanawiam się czy – i jakim kosztem – będą w stanie sprostać temu wyzwaniu Facebook, Instagram, Twitter czy YouTube. Ich użytkownicy publikują przecież miliony utworów dziennie, w których naruszenie prawa nie musi być oczywiste i dostrzegalne na pierwszy rzut oka. Możliwe konsekwencje projektowanego art. 13 mogą prowadzić do tego, że nawet serwisy internetowe, które stały się swoistymi synonimami internetu jako takiego i korzystamy z nich każdego dnia (a najważniejsi politycy wygrażają sobie w nich bronią jądrową), mogą w swojej dotychczasowej definicji stracić rację bytu.
Europosłowie przekonują, że mówienie o cenzurowaniu sieci to tylko mit.
Tak naprawdę nie wiem, czy cenzura nam realnie grozi, ponieważ faktycznie dyrektywa nie wskazuje konkretnych rozwiązań. Domaga się zapobiegania przez wydawców publikacji treści, które naruszają prawo, przy czym zapobieganie to ma być „odpowiednie i proporcjonalne”. Oznacza to, że dyrektywa może zostać zarówno wyrażona w przepisach niejako uchylających kompromisową i mającą moje pełne poparcie konstrukcję notice and takedown, jak i we wprowadzeniu „jedynie” wymogu stosowania przez wszystkich systemów rozpoznawania treści chronionych ustawowo na kształt youtube'owego Content ID. Co też nie będzie proste, ponieważ takie systemy opierają się na wciąż bardzo niedoskonałych mechanizmach sztucznej inteligencji, które łatwo oszukać, a i które same z siebie popełniają wiele krzywdzących internetowych twórców błędów.
Da się chyba stworzyć dobrze funkcjonujący system?
Da się, ale jest to trudne. Prosty przykład: Instagram każdego dnia przyjmuje setki, jeśli nie tysiące zdjęć samej tylko wieży Eiffla. Każmy teraz tym biednym skryptom mobilnej aplikacji odróżniać autorski charakter utworów i porównywać je wszystkie na przykład z grafiką National Geographic! Ale Instagram na napisanie takich skryptów przynajmniej stać. A niektórych – stać nie będzie. Dyrektywa wskazuje kryterium „publicznego dostępu do dużej liczby utworów”. Ile to jest dużo? Czy jeśli czytelnicy na mojej stronie czasem publikują w komentarzach jakieś obrazki albo cytaty, to już powinienem brać kredyt na zespół programistów od sztucznej inteligencji?
To też kwestia kompetencji ustawodawcy. Ten, który nie jest biegły w świecie technologii i prawa autorskiego, nie wdroży tej dyrektywy w sposób, który będzie służył obywatelom. Ustawodawca, który ma zapędy totalitarne, mógłby wręcz wykorzystać tego typu dyrektywę w celu ograniczenia wolności słowa.
Nie jestem pesymistą w kwestii art. 13, natomiast faktycznie mam wiele obaw. Może są one na wyrost. Ale wydaje mi się, że jest zbyt wiele niewiadomych, które mogą doprowadzić do fatalnych skutków, by przejść obok tego obojętnie.
Kto zyska, a kto straci na zmianach?
Rozumiem, skąd wzięły się unijne propozycje. Nie ma sposobu na strony typu CDA.pl czy Chomikuj.pl, które skutecznie i zgodnie z prawem bronią się notice and takedown, choć lwia część ich biblioteki to żadne tam legalne filmy i książki, tylko właśnie pirackie treści wgrywane przez użytkowników. Problem zapewne istnieje również w innych krajach Unii i osobiście od dłuższego czasu ubolewałem nad niedoskonałością prawa w tej materii. Mamy tu jednak sytuację walki z jedną patologią poprzez rzucanie kłód pod nogi połowie miliarda obywateli UE, dla których sposób korzystania z internetu zapewne trochę się zmieni, na pewno na gorsze. Stracą zatem pirackie serwisy oraz – pozwolę sobie na ostrożność leksykalną – niepirackie serwisy typu CDA.pl czy Chomikuj.pl. I to akurat jest dobre. Stracą wydawcy praktycznie wszystkich serwisów, których życie, sposób funkcjonowania, obowiązki się zmienią (jeszcze dobrze nie nauczyli się masy nowych, wynikających z RODO), a czekają ich też wydatki na nowe skrypty lub moderację. Przegrają też użytkownicy, bo być może gdzieniegdzie stracą możliwość współtworzenia sieci i publikowania swoich własnych treści.
Tyle że ten ostatni argument sprowadzany jest do absurdu. Czytałem już w kilku miejscach, że nie będzie można publikować memów. A przecież dyrektywa w ogóle tego nie dotyczy.
Ależ dotyczy. Tylko w tym roku widziałem, jak sądzę, około 1000 memów. Każdy z nich naruszał prawo autorskie. Przyjmując, że prawo cytatu pozwala na korzystanie z cudzych grafik do tworzenia memów, to i tak nikt nie wskazuje autora i źródła, a więc o jakim cytacie w ogóle mówimy? W świetle art. 13 serwisy zbierające memy, np. 9GAG, powinny prewencyjnie blokować dostęp do takich grafik. Nie jest to do końca wina dyrektywy, tylko twórców memów, którzy po prostu łamią prawo, i nawet dziś mogliby z tego tytułu ponieść odpowiedzialność. Ale faktem jest, że po wejściu w życie zmian memów może być mniej.
Czy nie będzie tak, że w praktyce nic się nie zmieni, bo biznes przeniesie swą działalność na Wyspy Marshalla?
Biznes zawsze straszy emigracją, ale tak naprawdę rzadko się to dzieje. Zauważmy, że już dzisiaj przedsiębiorcy mają masę obowiązków, wymogów, problemów, wysokie i trudne podatki, a jednak tak chętnie nie uciekają poza UE. Emigracja witryny internetowej to jest jednak duży problem organizacyjny, fiskalny, ale też wizerunkowy. Nie spodziewam się, żeby biznes zareagował w ten sposób. Wierzę w zastopowanie dyrektywy lub ostatecznie racjonalnego ustawodawcę, który przygotuje możliwie najmniej szkodliwe przepisy krajowe ją wdrażające. ©℗
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu