Znaki renomowane są lepiej chronione
Uzyskanie prawa wyłącznego do znaku towarowego pozwala zakazać konkurentom zarobkowego używania go. Dotyczy to także wykorzystania go w internecie. Co ma począć przedsiębiorca, który po zarejestrowaniu znaku towarowego zorientował się, że potem ktoś wykorzystał go jako adres swej strony internetowej? Istnieją przynajmniej dwa sposoby odebrania owego adresu. Pierwsza - charakterystyczna dla znaków towarowych, polegająca na skierowaniu do sądu pozwu. Powód (uprawniony ze znaku) domaga się w tym piśmie zakazania wykorzystania zastrzeżonego słowa czy sloganu w adresie internetowym. Drugi sposób jest typowy dla sporów o adresy internetowe i sprowadza się do uruchomienia procedury arbitrażowej, w toku której arbiter albo arbitrzy (a więc nie sędziowie sądu powszechnego) rozstrzygną, komu należy się domena. Z punktu widzenia kogoś, kto chciałby uruchomić takie postępowanie, istnieje jednak pewien problem. Otóż ochrona znaków towarowych nie jest oderwana od wyrobu. Innymi słowy, znak chroniony jest wyłącznie w odniesieniu do produktów objętych rejestracją. W praktyce to zgłaszający wybiera, jakie towary lub usługi go interesują, opisując je we wniosku zgłoszeniowym z wykorzystaniem specjalnej klasyfikacji. Dzieli się ona na kilkadziesiąt klas, ale rejestrowanie znaku we wszystkich jest dość kosztowne. Kosztowne do tego stopnia, że nawet największe firmy ograniczają się na ogół do wybrania tylko tych klas, które są im naprawdę potrzebne (jak się za chwilę okaże, ma to pewne skutki w sporze o adres internetowy). Zwłaszcza że w prawo wbudowane zostały mechanizmy przeciwdziałające rejestrowaniu na zapas. Jeśli uprawniony nie korzysta ze znaku w odniesieniu do pewnych wyrobów czy usług, pojawia się możliwość wygaszenia rejestracji w odniesieniu do nich. Wychodzi więc, że pazerność nie popłaca.
Jedną z głośniejszych spraw, w której znana marka starła się z domenę internetową, był spór wielkiego koncernu informatycznego, którego nazwę zastrzegła w formie adresu internetowego pewna osoba fizyczna, by pod adresem tym oferować... zioła! Co prawda rozstrzygnięcie sądowe zapadło tam na podstawie przepisów o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, ale nagnijmy nieco ów kazus, bo znakomicie pasuje do zobrazowania tego, o czym mowa tutaj. Zaraz, zaraz - zawoła być może uważny czytelnik. Przecież koncern na pewno nie zastrzegł swej nazwy dla sprzedaży ziół. Jak zatem odebrać adres w takiej sytuacji, skoro znak towarowy chroniony jest jedynie w określonych - i bynajmniej nie zielarskich - klasach? Słuszna uwaga. Trzeba jednak pamiętać, że w przepisach występują dwie szczególne kategorie znaków towarowych: znaki renomowane i znaki powszechnie znane. Uprawnionemu do tego drugiego wolno żądać zaprzestania używania znaku identycznego lub podobnego w odniesieniu do produktów identycznych lub podobnych, gdy używanie to może wprowadzać odbiorców w błąd co do pochodzenia produktu. Przy znakach renomowanych ustawodawca poszedł jeszcze dalej. Otóż zadbawszy o rejestrację takiego oznaczenia, uprawniony doń może zakazać konkurentowi używania znaku identycznego lub podobnego w odniesieniu do jakichkolwiek produktów, jeżeli owo używanie może przynieść używającemu nienależną korzyść lub być szkodliwe dla odróżniającego charakteru bądź renomy znaku wcześniejszego. Żeby było trudniej, w przepisach nie zdefiniowano ani znaków renomowanych, ani powszechnie znanych.
Co tak naprawdę wynika z przedstawionych rozwiązań prawnych? Z pewnością tyle, że największe szanse na odebranie adresu internetowego pokrywającego się ze znakiem towarowym istnieją wówczas, gdy ten drugi ma już na polskim rynku renomę. W przypadku pozostałych oznaczeń będzie to o wiele trudniejsze. Co innego bowiem zakazać zamieszczania pod określonym adresem treści godzących w prawo do znaku (reklam, oferty handlowej itd.), a co innego odebrać sam adres. Domena internetowa to przecież na ogół po prostu jedno albo kilka słów. Pokrywanie się ich ze znakiem towarowym to jeszcze nie argument, że odnoszą się do klas objętych jego rejestracją. Zauważmy, że konsekwentne pociągnięcie tej argumentacji prowadzi do wniosku, iż uprawniony ze zwykłego znaku - o ile nie uda mu się wygrać np. w oparciu o regulacje zwalczające nieuczciwą konkurencję - właściwie nigdy nie będzie w stanie przejąć adresu przyznanego komu innemu. Druga strona zawsze może twierdzić, że adres zarejestrowała dla działalności innej niż ta objęta znakiem. A ponieważ w regulacjach poświęconych sieci nie przewidziano wygaśnięcia rejestracji ze względu na nieużywanie adresu, uprawniony do znaku ma związane ręce. Moim zdaniem nie ma w tym zresztą nic złego. Decydując się na ubieganie o ochronę w wybranych klasach towarów i usług, przedsiębiorca siłą rzeczy godzi się, że w pozostałych będzie mu trudniej. Niewykluczone, że kiedyś w opisanej kwestii sądy zaczną wypowiadać się częściej. Jak na razie poświęcone tej problematyce orzecznictwo pozostaje jednak nader skromne.
@RY1@i02/2011/099/i02.2011.099.210.002a.001.jpg@RY2@
Paweł Wrześniewski, rzecznik patentowy
Paweł Wrześniewski
rzecznik patentowy
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu