Nieodpowiedzialność wspólnika a sprawa spółki
Ilekroć wyleje się jakaś medialna sprawa z kotła, w którym powoli warzy się święty spokój wymiaru sprawiedliwości, szeroka publiczność żąda krwi, politycy komisji sejmowych, a reszta zastanawia się, jak to jest, że przepisy obowiązują, myśl teoretyczna nadprodukuje literaturę przedmiotu, a ci, którzy nie powinni mieć wolnej ręki w, elegancko mówiąc, nadużywaniu ryzyka gospodarczego, ciągle trzymają się mocno. Tymczasem mimo medialnego szumu jedni nadal zbierają lokaty w kruszce, drudzy zobowiązują się grać na foreksie za niepełnosprawnych, starców i dzieci, opowiadając bajki o zabezpieczeniu transakcji kopalniami złota, a jeszcze inni po prostu kupują, sprzedają i świadczą usługi kontrahentom biznesowym ponad miarę, licząc, że umkną przed egzekucją po zlikwidowaniu przedsiębiorstwa lub wnosząc o upadłość, która nie musi być nawet orzeczona z powodu ubóstwa dłużnika. Architekci piramid, kiedy te się sypią, czasem mówią "przepraszam". Przeważnie jednak biegną do komputera, żeby założyć nową, tym razem offshore’ową spółkę na wyspach szczęśliwych. Tam ani podatki nie straszne, ani nie ma obaw, że wierzyciele znajdą takiego fachowca. Ofert pomocy w tego rodzaju procederze w internecie zresztą dostatek. Tak samo jak obiecanek poufności co do stanu majątkowego i tożsamości czerpiącego zyski. Nie ma się jednak co temu dziwić, skoro nie ma jeszcze zwyczaju procesowania się w sprawie nadużywania formy prawnej spółki kapitałowej. I - paradoksalnie - o brak mody, a nie prawdziwej potrzeby idzie. Nie można bowiem narzekać, że omijają nas sytuacje, w których sąd powinien podnieść zasłonę korporacyjną, za którą jak za słupem (w zarządzie) chowają się rzeczywiście prowadzący interesy wspólnicy spółki z o.o. Na razie jednak nie muszą się tacy obawiać, że stracą więcej niż 5 tys. złotych wniesionych na kapitał zakładowy. No bo jaka powinna być reakcja sądu na odbywającą się przed jego obliczem kłótnię wspólników, z której wszyscy dowiadują się, że prezes zarządu mógł podpisywać tylko te faktury, w których rogu obaj wspólnicy postawili kropkę? To oni bowiem, mimo że nie byli członkami władz spółki, prowadzili wszystkie jej sprawy. Poza tym nie można zapominać, że protezą zastępującą w polskim systemie odpowiedzialność przebijającą jest też art. 299 kodeksu spółek handlowych. Mówi on o odpowiedzialności subsydiarnej członków zarządu, o ile egzekucja przeciwko spółce z o.o. okaże się bezskuteczna. Skoro jednak przepisy k.s.h. o odpowiedzialności cywilnej nie naruszają praw do dochodzenia naprawienia szkody na zasadach ogólnych, to wielu przyjmuje, że nie ma sensu wytaczać armat o nadużywanie formy prawnej spółki, czyli o nadużycie prawa podmiotowego. Tymczasem powody, by i w ten sposób walczyć z pomieszaniem sfer majątku osobistego wspólników ze spółkowym czy z niedokapitalizowaniem przedsiębiorcy, są. Tylko nikomu nie chce się iść nieprzetartym szlakiem. Można więc wobec wspólników spółki, którzy uważają, że ich odpowiedzialność jest ograniczona, czyli żadna, zastosować choćby ogólne zasady odpowiedzialności deliktowej. Wtedy udziałowiec ów będzie odpowiadał nie za zobowiązania spółki, lecz za szkodę wyrządzoną wierzycielom przez posłużenie się spółką właśnie. Przyczyna omijania takich pozwów jest jednak prosta: spodziewane trudności dowodowe. Przesłankami odpowiedzialności deliktowej są bowiem szkoda, wina sprawcy i konieczność wykazania związku przyczynowego między jednym a drugim. Prościej jest więc nie otwierać tej puszki Pandory, bo poczuciu niesprawiedliwości nie będzie końca w razie skuchy. Nadzieją z samego dna tej beczki może się jednak okazać stosowanie art. 2 k.s.h (o nieuregulowanych w tej ustawie sprawach) w związku z art. 5 k.c. mówiącym o nadużyciu prawa podmiotowego. Niedowiarkowie utrzymują, że w większych gospodarczo sprawach, np. kiedy przedsiębiorcy spierali się z bankami o miliony utopione w opcjach walutowych, klauzul generalnych też nikt nie chciał lub nie umiał stosować. Pozytywnym przykładem natomiast może być moda, jaka nastała na wytaczanie powództw o ochronę dóbr osobistych. Przecież dziedzina także niełatwa, a jak urosła? Może więc także nasi naciągacze przestaną wkrótce spać spokojnie, jeżeli dzięki pomysłowości adwokatów i staranności sędziów okaże się, że mimo zawiązania spółki z o.o. muszą się czuć, jakoby ona cywilną albo jawną była...
@RY1@i02/2012/181/i02.2012.181.21500020b.803.jpg@RY2@
Dobromiła Niedzielska-Jakubczyk
Dobromiła Niedzielska-Jakubczyk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu