Jednolity rynek zagrożony
Komisja Europejska przypomina znaki drogowe i sygnalizację świetlną: wagę jej codziennej obecności można by w pełni docenić dopiero wtedy, gdyby przestała istnieć. Odgrywa unikatową rolę w przestrzeganiu wspólnych praw, przyczyniających się do europejskiej prosperity – ale jest z pewnością najmniej kochaną ze wszystkich instytucji europejskich. Na skutek powagi kryzysu finansowego i gospodarczego rządy nalegają na KE, żeby rozluźniła unijne przepisy i nie forsowała tak jednolitego rynku europejskiego. Oparcie się tej presji to największe zadanie, stojące przed Jose Manuelem Barroso, który ponownie został jej przewodniczącym. Jedną z zadziwiających cech tego kryzysu jest fakt, że nie wyzwolił on jak dotąd dążenia do ściślejszej integracji – ani w strefie euro, ani w całej Unii. Na początku lat 90. XX wieku, gdy unijny system kursów walutowych pogrążył się w chaosie, europejscy przywódcy zareagowali na to przyspieszeniem przygotowań do utworzenia Europejskiego Banku Centralnego i euro. Obecnie nic takiego się nie zdarzyło. Jedno z wyjaśnień stanowić może brak entuzjazmu obecnych przywódców Francji i Niemiec do takich wielkich projektów. Kolejnym czynnikiem jest jednak fakt, że UE ograniczyła swoje działania do prób utrzymania integralności jednolitego rynku, bez czego dalsze kroki integracyjne nie mają żadnego sensu. Niektórzy, jak Simon Tilford z Centre for European Reform, uważają, iż zakres nadzwyczajnych posunięć rządów przy ratowaniu sektora bankowego w ciągu ostatniego roku jest tak daleki, że oznacza to w praktyce zawieszenie unijnych reguł konkurencji. Podobnie jednak jak w przypadku rabusiów, napadających na bank, problem polega nie tylko na tym, jak się do niego dostać, ale i jak się z niego wydostać. Rządy powinny się ostrożnie wycofywać z wpływu na sektor bankowy, żeby banki w UE nie zyskały korzyści konkurencyjnych wobec rywali i żeby nie podważyło to jednolitego rynku.
Tylko Komisja, jako strażnik unijnych zasad, ma uprawnienia występowania w roli arbitra. Nie mniejsza odpowiedzialność spoczywa na niej przy ocenie legalności pomocy publicznej dla przemysłu motoryzacyjnego. KE była w tej sprawie pod presją już od grudnia, kiedy to rząd francuski zasygnalizował zamiar wsparcia producentów samochodów miliardami euro pod warunkiem, że utrzymają miejsca pracy i fabryki we Francji. KE zatwierdziła pomoc finansową dopiero wtedy, gdy Francja oficjalnie wycofała się z tego warunku – ale i tak wsparcie popłynęło z grubsza tam, gdzie chcieli Francuzi.
Dziś Komisja stoi przed chyba jeszcze poważniejszym wyzwaniem w postaci sponsorowanego przez rząd niemiecki porozumienia, zgodnie z którym General Motors ma sprzedać Opla firmie Magna International z Kanady. Protestują belgijscy, brytyjscy i hiszpańscy politycy, podejrzewając, że ich kraje poniosą skutki zamykania fabryk i zwolnień, a Magna – w zamian za 4,5 mld euro pomocy – utrzyma cztery zakłady Opla w Niemczech.
Umowa, w której uprzedzenia geograficzne przeważają nad komercyjną logiką, byłaby pogwałceniem prawa UE. Na razie KE ma związane ręce, bo nie dowodów złych intencji Niemiec. Poza tym bierze pod uwagę, że 27 września niemieccy wyborcy idą do urn i że nie jest to czas na spory z państwem, dla którego produkcja samochodów jest tak istotnym elementem wizerunku jako kraju rozwiniętego przemysłu.
Kłótnia o Opla dobitnie jednak wskazuje, że recesja wystawia jednolity rynek na najcięższą próbę. Rządy mają pokusę obrony wąsko rozumianych interesów narodowych kosztem wspólnego dobra europejskiego. Co więcej, niektórzy przywódcy wykorzystują kryzys do kwestionowania wartości wolnego rynku i w ogóle swobody konkurencji. Jose Manuel Barroso długo i pracowicie zabiegał o ponowny wybór na pięcioletnią kadencję, a skoro ją uzyskał, musi ten czas przeznaczyć na obronę europejskiego jednolitego rynku przed śmiertelnymi zagrożeniami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.