Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo europejskie

Ochrona dziennikarskich źródeł. Drzwi bardzo wąsko otwarte

26 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 56 minut

Tygodnik "Wprost" stał się ofiarą działania, które - w świetle dotychczasowego orzecznictwa ETPC - można rozważać jako naruszenie konwencji

Niedawne wydarzenia towarzyszące opublikowaniu nagrań przez tygodnik "Wprost" zwróciły uwagę na dziennikarski przywilej, a więc uprawnienie - ale i obowiązek dziennikarza - do nieujawniania tożsamości swojego informatora. Przepisy dotyczące ochrony dziennikarskiego źródła znajdują się już w polskim ustawodawstwie (art. 180 k.k., art. 15-16 prawa prasowego), ale o prawnym kształcie dziennikarskiego przywileju rozstrzyga standard wypracowany w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu (Trybunał). Jest to standard określony bardzo mocno i konsekwentnie. W sprawach dotyczących ochrony dziennikarskich źródeł trybunał nie tylko niemal zawsze orzekał o naruszeniu europejskiej konwencji praw człowieka (konwencja), ale czynił to też jednogłośnie. Jedynie wyjątkowo, gdy krajowe władze zaprezentują bardzo przekonujące argumenty, państwu uda się wyjść z trybunału z tarczą.

Strasburskie początki

Żaden przepis konwencji nie mówi wprost o ochronie dziennikarskich źródeł informacji. W sprawie Goodwin przeciwko Wielkiej Brytanii (wyrok Wielkiej Izby z 27 marca 1996 r.) trybunał powiązał jednak przywilej dziennikarza z art. 10 konwencji, chroniącym swobodę wypowiedzi.

Wynikanie pewnej reguły (gwarancji) z przepisu konwencji ETPC może uzasadniać w dwojaki sposób. W pierwszym scenariuszu strasburscy sędziowie dostrzegając najpierw, że w prawach państw członkowskich konwencji dominuje już pewne rozwiązanie, uznają następnie, że należy je też przejąć jako konwencyjny standard. Decyzję powoduje więc swoista suma krajowych faktów. Ale podejście trybunału nie musi być empiryczne. Może on uznać, że określona gwarancja jest niezbędna, aby zapewnić realną ochronę konwencyjnego prawa. Stan i treść krajowych praw nie tu znaczenia. Wnioskowanie trybunału jest zasadnicze. Inaczej mówiąc, jeśli koniecznej gwarancji nie widać w krajowych ustawodawstwach, tym gorzej dla nich, bo nie nadążają za nakazami konwencji. Tę wadę trzeba pilnie usunąć.

Istnienie dziennikarskiego przywileju trybunał uzasadnił w zasadniczy sposób. Uprawnienie do nieujawniania informatora istniało tylko "w pewnej liczbie państw" konwencji. Dokumenty międzynarodowe (rezolucja w sprawie swobód dziennikarskich i praw człowieka przyjęta na czwartej europejskiej konferencji ministerialnej na temat polityki dotyczącej mass mediów w Pradze 7-8 grudnia 1994 r. oraz rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie poufności dziennikarskich źródeł z 18 stycznia 1994 r.) konstatowały brak dziennikarskiej gwarancji, postulując dokonanie zmian w przyszłości. Nie stanowiło to jednak przeszkody w uznaniu przez trybunał, że już teraz dziennikarski przywilej jest wpisany w art. 10 konwencji. Bez niego bowiem nie mogłaby istnieć wolna prasa (media).

Trybunał buduje swoją argumentację w następujący sposób. Prasa potrzebuje informatorów. Tych nie będzie bez gwarancji, że ich tożsamość nie zostanie łatwo ujawniona na żądanie służb i organów państwa. Co ważne, strasburscy sędziowie nie połączyli dziennikarskiego przywileju z realizacją przez prasę (media) funkcji publicznego kontrolera (ang. public watchdog, fr. chien de garde), a więc okolicznością, która we wcześniejszym orzecznictwie decydowała o identyfikacji szczególnej reguły chroniącej dziennikarzy i media.

Trybunał ujmuje prawo do nieujawniania informatora jako całościową gwarancję. Istnieje ona nie tylko wtedy, gdy media wypowiadają się w sprawach mających publiczne znaczenie, ale występuje zawsze. Tak szerokie ujęcie nie wydaje się przypadkowe. Jeśli ETPC uzależniłby ochronę dziennikarskich źródeł od realizacji przez media kontrolnej funkcji oraz wypowiadania się o ważnych publicznie kwestiach, władze krajowe mogłyby wskazywać, że dana publikacja - nawet jeśli dotyczy np. kluczowego polityka i jego publicznej roli - nie spełnia jednak tych warunków, a więc dziennikarz nie może skorzystać z zawodowego przywileju. Stąd, by zapobiec obchodzeniu gwarancji, mocna teza: ochrona źródeł jest wstępnym warunkiem wolnej prasy. Ta ochrona dotyczy każdej publikacji.

Żądanie ujawnienia dziennikarskiego źródła może uzasadniać jedynie wystąpienie nadrzędnego interesu publicznego (par. 45). Rozumienie tego pojęcia jest rygorystyczne. Interes uzasadniający pominięcie dziennikarskiego przywileju musi się wiązać z identyfikacją sprawcy poważnego przestępstwa, której nie można dokonać w inny sposób.

Czwarta instancja

Naruszenie swobody wypowiedzi w sprawie Goodwin trybunał stwierdził większością 11 głosów do 7. Sędziowie niezgadzający się z konkluzją orzeczenia podzielali tezy związane z koniecznością silnych gwarancji dotyczących źródeł informacji, ale inaczej widzieli rozkład krajowych i strasburskich uprawnień związany z poszukiwaniem równowagi dóbr, między którymi powstał konflikt (a więc swobodą wypowiedzi mediów i potrzebą ścigania sprawców przestępstw). Dla dysydenckiej siódemki to sędziowie krajowi są zawsze lepiej przygotowani, aby na podstawie bezpośrednio dostępnych im dowodów ocenić wagę wchodzących w grę interesów przemawiających za żądaniem ujawnienia i przeciwko niemu. Kluczowe staje się więc pytanie, czy ocena angielskich sędziów poddana została regule proporcjonalności. Skoro sądy krajowe wymagały, aby strona wnioskująca nakaz wykazała, że jest on konieczny, a następnie rozważyły wiele racji oraz okoliczności przemawiających za ujawnieniem oraz przeciw niemu, sędziowie strasburscy winni się powstrzymać od zastępowania swoimi ocenami ocen najbardziej uprawnionych sędziów krajowych.

Większość trybunału widziała tę kwestię inaczej. W wyroku oznajmiono, że każde ograniczenie ochrony dziennikarskich źródeł informacji podlega w Strasburgu "najbardziej drobiazgowej kontroli" (par. 40). Trybunał weryfikuje więc dogłębnie ocenę krajowego organu. Działa jak sąd czwartej instancji, nawet jeśli zaklina się, że w takiej roli nie występuje.

Tezę o drobiazgowej kontroli krajowej decyzji ETPC powtarzał konsekwentnie w kolejnych orzeczeniach.

Przeszukanie jeszcze groźniejsze

W sprawie Goodwin dziennikarzowi nakazano pod groźbą grzywny ujawnienie materiałów, które miały posłużyć do identyfikacji jego informatora (był to sprawca wyniesienia poufnego raportu księgowego ze spółki notowanej na giełdzie). W chronologicznie dwóch kolejnych skargach dotyczących dziennikarskiego przywileju chodziło natomiast o policyjne czynności polegające na przeszukaniu pomieszczeń i zajęciu znajdujących się tam materiałów. Celem działań było wykrycie osób, które naruszając prawo, przekazały mediom urzędowe dokumenty. W sprawie Roemen i Schmit przeciwko Luksemburgowi (wyrok z 23 lutego 2003 r.) były to materiały dotyczące rzekomego przestępstwa skarbowego popełnionego przez ministra, a w sprawie Ernst i inni przeciwko Belgii (wyrok z 15 lipca 2003 r.) chodziło o informacje z głośnych postępowań sądowych (dotyczących m.in. skandalu korupcyjnego Augusta i zabójstwa ministra André Coolsa).

W obu sprawach trybunał jednogłośnie uznał, że nawet gdy przeszukujący nie znaleźli poszukiwanych materiałów, to doszło do ingerencji w swobodę wypowiedzi; orzekł następnie o naruszeniu art. 10. Trybunał wskazał, że sprawy Roemen oraz Ernst różnią się w istotny sposób od rozstrzygniętej w wyroku Goodwin przeciwko Wielkiej Brytanii. Przeszukania przeprowadzone w Luksemburgu i Belgii zmierzały do ustalenia tożsamości źródeł dziennikarskich informacji niezależnie od dziennikarza. Taki środek oceniono jako dużo bardziej drastyczny i stanowiący przez to poważniejsze pogwałcenie art. 10.

Użyta argumentacja jest przekonująca. Goodwin, który był adresatem sądowego polecenia, mógł uznać, godząc się na negatywne dla siebie konsekwencje prawne, że nie podporządkuje się nakazowi ze względu na ważne racje zawodowe polegające na ochronie źródła informacji. W dwóch kolejnych przypadkach dziennikarze stali się natomiast jedynie biernymi obserwatorami czynności, na które nie mieli wpływu i którym, w czasie ich przeprowadzania, nie mogli się sprzeciwić. Dla informatora i jego poczucia bezpieczeństwa ta druga sytuacja jest dużo groźniejsza. Widząc, że prawo zezwala na łatwe podjęcie wielu niezależnych od dziennikarza działań, które mają ustalić tożsamość dziennikarskiego źródła, informator nie będzie skłonny przekazywać wiadomości mediom. Musi to negatywnie wpływać na możliwość realizacji przez media kontrolnej funkcji.

Jak obejść Strasburg?

Istnienie czytelnie i mocno zdefiniowanego standardu związanego z ochroną dziennikarskich źródeł informacji powoduje, że niezwykle rzadko żądanie ujawnienia tożsamości informatora (lub podjęcie innych czynności wobec dziennikarza w celu ustalenia informatora, np. w drodze przeszukania) będzie zgodne z konwencją. Dlatego szansę na wybronienie przez państwo ingerencji w dziennikarski przywilej widziano w próbie identyfikacji pewnego elementu, który miał odróżniać dany przypadek od rygorystycznie ujmowanego standardu. Na podstawie strasburskiego orzecznictwa można wskazać już na kilka scenariuszy testowanych przez zaskarżone państwa.

Pierwszy scenariusz odwoływał się do tezy, że z dziennikarskiego przywileju korzysta tylko ta osoba, która jest biernym beneficjentem ujawnienia mu materiałów przez dobrowolnie działającego informatora. Inaczej jest w przypadku aktywnie działającego dziennikarza, zwłaszcza korumpującego źródło informacji. To on prowokuje do złamania prawa i wynagradza za to sprawcę. Dopuszcza się przestępstwa i jak każda osoba podlega środkom dochodzeniowym przewidzianym na mocy prawa krajowego.

Do użycia takiej argumentacji doszło w sprawie dotyczącej przeszukania dokonanego w związku z głośnym przeciekiem dokumentów z Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Oszustw (OLAF). Na sprawstwo dziennikarza miały wskazywać dostateczne podejrzenia, choć ostatecznie nie doszło do oskarżenia. Trybunał ponownie jednak zaakcentował doniosłość gwarancji dla ochrony dziennikarskich źródeł informacji. Oznajmił, że dziennikarski przywilej nie może być traktowany jako "zwykły przywilej, który jest przyznawany lub cofany w zależności od legalności lub nielegalności źródeł, lecz stanowi rzeczywisty atrybut prawa do informacji, do którego należy podchodzić z największą uwagą" (par. 65). Nie wystarcza istnienie prostych podejrzeń wobec dziennikarza. Niezbędne są zatem mocniejsze podstawy do przeprowadzenia przeszukania niż te, które uzasadniają podjęcie środków w odniesieniu do zwykłych osób. Posługując się w taką perspektywą, trybunał wnikliwie zbadał zasadność podjętych środków prawnych, kwestionując ustalenia i rozstrzygnięcia sądów krajowych (wyrok w sprawie Tillack przeciwko Belgii z 27 listopada 2007 r.).

Drugi scenariusz polegał na wskazaniu, że poznanie informatora miało być rzekomo niezbędne, by zapewnić obronę osobie oskarżonej w postępowaniu karnym (wyrok w sprawie Voskuil przeciwko Holandii z 22 listopada 2007 r.). Dziennikarskie źródło, znajdujące się wśród funkcjonariuszy policji, miało twierdzić, że wejścia policji do mieszkania, gdzie znaleziono arsenał broni, nie sprowokowała rzekoma awaria instalacji wodnej, lecz był to jedynie pretekst, by policja mogła sprawdzić, unikając rygorów prawa, swoje podejrzenia. Gdyby te enuncjacje się potwierdziły, dowody zdobyte z naruszeniem prawa powinny zostać odrzucone jako "owoce zatrutego drzewa".

Trybunał jednomyślnie orzekł o złamaniu art. 10. Sędziowie uznali, że brak potwierdzenia informacji o tle przeszukania nie przeszkodził sądom krajowym w rozpoznaniu zarzutów karnych (o winie oskarżonych świadczyły zeznania innych świadków, a nie tylko wyniki przeszukania).

W trzecim scenariuszu odróżniającym elementem miało być dokonanie przez informatora fałszerstwa w poufnym dokumencie przekazanym dziennikarzom czterech tytułów prasowych i agencji informacyjnej (wyrok ETPC w sprawie Financial Times Ltd. i inni przeciwko Wielkiej Brytanii z 15 grudnia 2009 r.). Dokument dotyczył oferty przejęcia przez jednego z piwowarskich potentatów innego dużego przedsiębiorstwa (fałszerstwo miało polegać na zmianie ceny proponowanej za wykup akcji i dodaniu harmonogramu oferty). Obie firmy były notowane na giełdzie, a informacja musiała wywrzeć wpływ na wartość ich akcji.

Chociaż trybunał przyznał, że zamiar zaszkodzenia może w pewnych okolicznościach stanowić uzasadnienie dla pozostającego w zgodzie z konwencją żądania ujawnienia przez dziennikarza źródła informacji, to jednak krajowe sądy nie wykazały, że doszło do fałszerstwa (par. 66-67). Trybunał zdaje się więc tezę o fałszerstwie ponownie traktować jako pretekst mający usprawiedliwić sądowe żądanie. Należy też podkreślić, że do naruszenia art. 10 doszło, mimo iż sądowy nakaz nie został wykonany. Jak zauważył jednak trybunał, środek pozostawał w mocy i ciążył nad podmiotami, wobec których został orzeczony (par. 56).

Prawie się udało

Najbliżej odniesienia sukcesu przed trybunałem zaskarżone państwo było w sprawie Sanoma Uitgevers B.V. przeciwko Holandii. Filmowy materiał stworzony przez pismo zajmujące się motoryzacją miał zawierać informację kluczową dla zidentyfikowana sprawców bardzo poważnego przestępstwa. Wątek ochrony dziennikarskich źródeł wynikał natomiast z tego, że materiał rejestrujący nielegalny wyścig samochodowy powstał po uzyskaniu informacji o zdarzeniu od jego organizatorów.

Policja zwróciła się o przekazanie materiału, ale nie w związku ze ściganiem uczestników wyścigu, lecz by pozyskać dane w celu wykrycia sprawców serii poważnych przestępstw. Policyjne służby dostały bowiem informację, że w wyścigu brał udział samochód, który widziano podczas serii kradzieży bankomatów. W toku jednego z przestępstw sprawcy zagrozili świadkom, że użyją broni palnej. Wydawca magazynu podporządkował się żądaniu i wydał film policji.

Sprawę trybunał rozpoznawał dwukrotnie: najpierw była to siedmioosobowa izba, a następnie Wielka Izba złożona z 17 sędziów (wyrok izby z 31 marca 2009 r., wyrok Wielkiej Izby z 14 września 2010 r.). Tym razem izba zgodziła się na odróżnienie holenderskiej sprawy od wcześniej rozpoznawanych przypadków i stosunkiem 4 głosów do 3 orzekła, że nie doszło do złamania art. 10. Uznano, że w celu ścigania sprawców poważnych przestępstw, których działania ulegały eskalacji (groźba użycia broni), władze, nie dysponując innymi środkami wykrycia przestępców, mogły zażądać udostępnienia im materiału mogącego zawierać informację istotną dla policji (par. 58-59). Jednak trójka sędziów, która nie zgodziła się z taką konkluzją, napisała w zdaniu odrębnym, że władze nie wykazały, iż podjęły inne działania w celu wykrycia przestępców. Od razu zwrócono się do dziennikarzy z żądaniem wydania materiału. Takie postępowanie nie spełniało rygorów określonych w strasburskim orzecznictwie. Dodatkowo policyjne czynności nie zostały podjęte za zgodą sądu i pod jego kontrolą.

Wielka Izba orzeka natomiast jedno- myślnie o złamaniu art. 10. Wskazuje na wymagane przez konwencję zabezpieczenia proceduralne. W ocenie sędziów w krajowym porządku prawnym zabrakło adekwatnej kontroli sądu lub innego niezależnego organu, który zbadałby jeszcze przed wykorzystaniem przez służby państwa zdobytego materiału, jak przedstawiała się relacja między racjami służb śledczych lub prokuratorskich a racjami związanymi z ochroną źródeł informacji. Taka instytucja kontrolna powinna wydawać swoje rozstrzygnięcia na podstawie czytelnych kryteriów; jednym z nich musi być nakaz znalezienia środka zapewniającego nawet w pilnych sytuacjach najmniejszą ingerencję w dziennikarski przywilej. Kontrolujący podmiot musi posiadać też uprawnienie do odrzucenia wniosku o dostęp do zajętego materiału dziennikarskiego (par. 92). Wymaganych cech nie spełnia system prawny, który decyzję powierza zasadniczo prokuratorowi, a sędziemu (śledczemu) przyznaje tylko ograniczoną funkcję doradczą.

Przeszukanie we "Wprost"

Podczas przeszukania w redakcji "Wprost" ochrona dziennikarskich źródeł informacji wystąpiła rykoszetowo. Podjęte przez prokuraturę działania zmierzały do uzyskania przedmiotu, który miał stanowić dowód w sprawie "afery podsłuchów". Nie były poprzedzone postanowieniem sądu o zwolnieniu z tajemnicy dziennikarskiej. W toku czynności redaktor naczelny wskazał, że na nośniku informatycznym mogą znajdować się dane pozwalające zidentyfikować informatora. Zgodnie z art. 225 par. 1 k.k. nośnik powinien zostać umieszczony w opieczętowanym opakowaniu i przekazany sądowi.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że polskie rozwiązanie proceduralne spełnia kryteria określone przez Wielką Izbę w sprawie Sanoma Uitgevers. Decyzję podejmuje sąd, którego rola nie jest sprowadzona do doradczej. Bliższa analiza ujawnia jednak, że nie wpisujemy się adekwatnie w strasburski standard.

Po pierwsze, przedmiot zawierający dane mogące identyfikować źródło informacji dziennikarza powinien trafić do sądu niezwłocznie i zostać należycie zabezpieczony w kancelarii tajnej. W praktyce takiej gwarancji nie było. Zwrócili na to uwagę na konferencji prasowej ministrowie Marek Biernacki i Michał Królikowski. Zajęty nośnik znalazłby się w sądzie dopiero po kilku dniach. Proceduralne zabezpieczenia muszą być jednak bezwzględne i mocne.

Po drugie, uważam, że dziennikarz nie może biernie oczekiwać na wynik postępowania sądowego, które weryfikuje, czy zajęty dowód zawiera dane identyfikujące źródło informacji. Należy mu zapewnić rzeczywisty udział w postępowaniu, pozwalający na określenie, które dane i w jakim zakresie mogą posłużyć do poznania tożsamości informatora.

Jest to szczególne w przypadku, gdy zajęty przedmiot ma charakter techniczny lub gdy powiązanie zawartych na nim danych z innymi materiałami (np. billingami połączeń telefonicznych) prowadzi do zidentyfikowania źródła.

Po trzecie, skoro trybunał w Strasburgu konsekwentnie akcentuje, że zwolnienie z tajemnicy dziennikarskiej jest dopuszczalne tylko przy ściganiu najpoważniejszych przestępstw i gdy zawiodą inne możliwości dowodowe, nie jestem przekonany, że reguła zapisana w art. 225 par. 1 kodeksu karnego jest odpowiednia. Do przesłuchania dziennikarza jako świadka identyfikującego źródło informacji może dojść tylko w odniesieniu do przestępstw wymienionych w art. 240 par. 1. Tę zasadę należy stosować analogicznie do innych sytuacji związanych z ujawnianiem informatora. Usłyszawszy więc deklarację, że zatrzymywany przedmiot zawiera dane ujawniające tożsamość informatora, organ prowadzający zatrzymanie powinien odstąpić od czynności. Można by następnie zażądać wydania rzeczy, ale tylko i wyłącznie w takim zakresie, w jakim nie zawiera ona danych chronionych przez dziennikarski przywilej.

Taka zresztą reguła - o generalnym charakterze - istnieje np. w Danii (decyzja w sprawie Nordisk Film & TV A/S przeciwko Danii z 8 grudnia 2005 r.). Dziennikarz jest zobowiązywany do wydania rzeczy, ale po wyłączeniu danych mogących wskazywać na tożsamość informatora. Pełne wydanie jest prawnie dopuszczalne dopiero do zwolnieniu dziennikarza z obowiązku zachowania w tajemnicy danych pozwalających na identyfikację źródła informacji.

Ze względu na szczególną rolę mediów realizujących swobodę wypowiedzi, zapewnianą przez Konstytucję RP i konwencję, nietrafny jest pogląd, iż zarządzenie czynności w redakcji "Wprost" było konsekwencją równości wszystkich wobec prawa. Do dziennikarza nie można stosować identycznych reguł związanych z pozyskiwaniem dowodów, jakie mają zastosowanie w zwykłej sytuacji.

Specyficzna perspektywa prawna towarzysząca mediom oraz związanym z nimi gwarancjom powoduje, że strasburscy sędziowie nie mieli wątpliwości, że przeszukanie redakcji w poszukiwaniu dowodów było środkiem nieproporcjonalnym i oznaczało złamanie art. 10 konwencji (poza przywołanymi już sprawami tak stało się w wyrokach w sprawie Martin i inni przeciwko Francji z 12 kwietnia 2012 r.; w sprawie Ressiot i inni przeciwko Francji z 28 czerwca 2012 r.; w sprawie Telegraaf Media Nederland Landelijke Media B.V. i inni przeciwko Holandii z 22 listopada 2012 r., w sprawie Saint-Paul Luxembourg S.A. przeciwko Luksemburgowi z 19 stycznia 2013 r. i w sprawie Nagla przeciwko Łotwie z 16 czerwca 2013 r.).

Podczas przeszukania w tygodniku "Wprost" nie doszło - w wyniku reakcji dziennikarzy - ani do zatrzymania informatycznego nośnika, ani do skopiowania jego zawartości. Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdzał jednak złamanie art. 10 konwencji już wtedy, gdy przeprowadzającym przeszukanie nie udało się zdobyć danego materiału lub gdy dziennikarze odmówili podporządkowania się nakazowi. Istotna była próba uzyskania informacji chronionej dziennikarskim przywilejem niemieszcząca się w ramach strasburskiego rygoru.

Pamiętając o tym, można więc uznać, że tygodnik "Wprost" stał się ofiarą działania, które można rozważać jako naruszenie konwencji. Tej sytuacji nie zmieniła krytyka prokuratorskich czynności dokonana na konferencji prasowej ministra sprawiedliwości. Może ją natomiast zmienić rozstrzygnięcie sądu podjęte w następstwie zażalenia wniesionego przez redakcję tygodnika. Jeśli sąd potwierdzi, że działania z 18 czerwca były poprawne, tygodnik - wyczerpawszy drogę postępowania krajowego - będzie mógł się poskarżyć do Strasburga.

ETPC oznajmił, że dziennikarski przywilej nie może być traktowany jako "zwykły przywilej, który jest przyznawany lub cofany w zależności od legalności lub nielegalności źródeł, lecz stanowi rzeczywisty atrybut prawa do informacji, do którego należy podchodzić z największą uwagą"

Ze względu na szczególną rolę mediów nietrafny jest pogląd, iż zarządzenie czynności w redakcji "Wprost" było konsekwencją równości wszystkich wobec prawa. Do dziennikarza nie można stosować identycznych reguł związanych z pozyskiwaniem dowodów, jakie obowiązują w zwykłej sytuacji

@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.070000400.805.jpg@RY2@

fot. Bartosz Krupa_East News

@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.070000400.806.jpg@RY2@

fot. wojtek górski

prof. Ireneusz C. Kamiński profesor w Instytucie Nauk Prawnych PAN, ekspert prawny Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

prof. Ireneusz C. Kamiński

profesor w Instytucie Nauk Prawnych PAN, ekspert prawny Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.