Dyrektywa o prawach autorskich nie bije w internautów
Polska była przeciwna, ale musi implementować dyrektywę o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym
„Wbrew kłamliwej propagandzie przyjęte zapisy nie zakładają ani podatku od linków, ani nie nakładają cenzury w Internecie. Nie będzie blokady treści na Wikipedii, a nauczyciele bez obaw będą mogli wykorzystywać materiały z Internetu do celów edukacyjnych. Propozycje zapisów zawartych w dyrektywie nie naruszają wolności w Internecie” – napisało Stowarzyszenie Filmowców Polskich w komentarzu po uchwaleniu nowych przepisów przez Parlament Europejski.
Według twórców dyrektywy celem jest zobowiązanie wielkich platform internetowych i agregatorów treści – jak YouTube czy Google News – do płacenia twórcom należnego wynagrodzenia.
– Chodzi o pociągnięcie do odpowiedzialności takich gigantów jak Google, Facebook czy YouTube. Sytuacja ekonomiczna prasy jest katastrofalna, a wraz z prasą zagrożona jest demokracja. Planowana reforma to jedyna szansa na ochronę przyszłości twórców – powiedział telewizji ARD francuski europoseł Jean-Marie Cavada.
Platformy będą ponosiły odpowiedzialność prawną, jeśli udostępnią treści, za które nie zapłaciły ich twórcom. Osoby, których prace zostaną wykorzystane niezgodnie z prawem, będą mogły pozwać daną platformę. Dyrektywa nie określa jednak narzędzi do zapobiegania rozpowszechnianiu nieopłaconych materiałów – zostawia to w gestii firm internetowych.
„Jestem gotów bronić, także w dyskusji publicznej, zapisów tej ważnej i potrzebnej w Europie dyrektywy” – napisał na Twitterze europoseł Jerzy Buzek.
Przedstawiciele naszego rządu wypowiadali się o dyrektywie negatywnie jako o regulacji ograniczającej wolność słowa w sieci. W sumie przeciw dyrektywie opowiedziało się pięć państw Unii – oprócz Polski także Włochy, Finlandia, Holandia i Luksemburg.
– Dyrektywa obowiązuje – przyznaje wiceminister kultury Paweł Lewandowski. – Ale przy jej implementacji nieprecyzyjność pewnych zapisów daje nam pole do takiej interpretacji, żeby jak najbardziej zniwelować negatywne skutki dyrektywy dla społeczeństwa obywatelskiego i przepływu informacji w gospodarce – podkreśla.
Przeciwko nowej regulacji opowiedzieli się nie tylko europosłowie Prawa i Sprawiedliwości, lecz także wielu z Platformy Obywatelskiej. Michał Boni (PO) wyjaśnia, że głosował na „nie”, gdyż przepadła poprawka wykreślająca art. 13. – Dyrektywa wnosi wiele dobrego i jest potrzebna, ale art. 13 sprawia mnóstwo kłopotów – mówi europoseł. Przepis zobowiązuje duże serwisy internetowe do zapobiegania rozpowszechnianiu nieopłaconych treści. Część internautów widzi w nim narzędzie cenzury. Dlatego przeciwko dyrektywie organizowano w ostatnich dniach protesty na terenie całej UE.
„Mając pełną świadomość, że znakomita większość polskich eurodeputowanych głosowała przeciw, apelujemy, by wyłączyć temat dyrektywy z bieżącej debaty politycznej. Uchwalone lege artis przepisy stają się obowiązującym w naszym kraju prawem unijnym” – napisano w oświadczeniu Izby Wydawców Prasy.
To, że giganci internetowi będą musieli się podzielić z twórcami wpływami z dystrybucji ich treści w sieci, jest w dużej mierze skutkiem głosów europosłów niemieckiej partii rządzącej CDU. Ugrupowanie Angeli Merkel popierało dyrektywę mimo ostrej krytyki, a nawet obelg i pogróżek. Europosłowi Axelowi Vossowi grożono śmiercią. ©℗
Współpraca Magdalena Cedro
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu