Dziennik Gazeta Prawana logo

Prok. Drelewski: To, co dzieje się wokół mnie, postrzegam jako zemstę [WYWIAD]

Jan Drelewski
Na swoją pozycję pracowałem bardzo ciężko i przez wiele lat. Żaden z moich awansów nie był awansem przyspieszonym. I każdy z nich potrafię obudować konkretnymi sprawami - mówi DGP prok. Jan Drelewski.PAP Archiwalny / Paweł Supernak
dzisiaj, 14:58

Zmienił się minister, materiał dowodowy się nie zmienił, za to zmieniła się optyka sprawy. Nie stwierdzono nawet, że dowody w sprawie Sławomira Nowaka są słabe czy nieprzekonujące, tylko że dowodów w ogóle nie ma - mówi w wywiadzie z DGP prok. Jan Drelewski, któremu grozi postępowanie dyscyplinarne.

Dziś „Rzeczpospolita” opisała kulisy wniosku o wszczęcie wobec Pana postępowania dyscyplinarnego w związku ze sprawą Sławomira Nowaka. Jednocześnie wielokrotnie podkreślał Pan, że za czasów poprzedniego kierownictwa MS Pana praca cieszyła się uznaniem.

 Tak właśnie było. Wszystko było dobrze, dopóki nie zmienił się minister. Zmienił się minister, materiał dowodowy się nie zmienił, za to zmieniła się optyka sprawy. Nie stwierdzono nawet, że dowody w sprawie Sławomira Nowaka są słabe czy nieprzekonujące, tylko że dowodów w ogóle nie ma.

 Wcześniej nie było żadnych zastrzeżeń ani do tej, ani do innych prowadzonych przez Pana spraw?

Nie. A w tej konkretnej był nawet wniosek o stałą pomoc prawną dla Prokuratury Okręgowej – miałem obsadzać wszystkie terminy w Sądzie Okręgowym w Warszawie w postępowaniu dotyczącym wątku ukraińskiego. W pewnym momencie otrzymaliśmy jednak pismo, że już tej pomocy nie chcą - a to było dosłownie na kilka dni przed terminami, na których miało dojść do przesłuchania kluczowego świadka, tzw. sześćdziesiątki. To miał być najważniejszy dowód w sprawie. Zadzwoniłem więc i zapytałem, kto na to pójdzie. Usłyszałem, że jakiś tam nowy referent. Ale nowy referent przecież nie zdąży przygotować się do sprawy, gdzie materiał dowodowy zawiera się w kilkuset tomach, a nadto opiera się na materiale niejawnym. Usłyszałem, że mam napisać pismo, że jednak chcę pójść. Więc napisałem, co w ogóle jest kuriozalne, bo jeszcze nie spotkałem się z sytuacją, żebym musiał kogoś prosić o to, żebym mógł mu pomóc.

Jakie są podstawy do tego, by wszcząć wobec Pana postępowanie dyscyplinarne?

Nie wiem, mi żadnego dokumentu nikt nie przedstawił. Wszystko, co wiem, wiem z doniesień medialnych – że Prokurator Okręgowy w Warszawie Michał Mistygacz zarzucił mi uchybienie godności urzędu, prowadzenie sprawy sposób przewlekły, wywiedzenie bezzasadnego aktu oskarżenia itd. Nie miałem okazji ustosunkować się do zarzutów.

Kiedyś to chyba musi się stać?

Nie wiem, czy musi. Ale faktycznie jesienią było już jedno zawiadomienie – pan Jacek Krawiec zawiadomił rzecznika dyscyplinarnego o rzekomym delikcie, podniósł mniej więcej te same zarzuty. Ja wtedy odniosłem się do każdego argumentu, przedłożyłem dokumenty, które przeczyły stawianym tezom. Jedną z nich było to, że znęcałem się nad Jackiem Krawcem, bo bez dowodów i bezzasadnie stosowałem wobec niego bardzo rygorystyczne środki zapobiegawcze. Tylko – jak wykazałem w swojej odpowiedzi - przecież to nie ja stosowałem te środki, tylko sąd. I na tym się skończyło. Od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał, więc zakładam, że sprawa została zakończona.

Część komentatorów postrzega Pana sytuację – choć brzmi to ponuro – jako naturalny rozwój tego, co miało miejsce za poprzednich rządów. Skoro wówczas degradowano prokuratorów i odsuwano ich od niewygodnych spraw, to czemu by nie robić tego teraz? Zwłaszcza, że swego czasu został Pan nawet nazwany „prokuratorem do zadań specjalnych”.

To jest myślenie w kategorii złodzieja, który – złapany na gorącym uczynku – mówi, że inni też kradli. To ma być ta pozytywna zmiana w prokuraturze, to są te nowe standardy, z którymi obecne kierownictwo prokuratury szło po władzę? Druga sprawa jest taka, że ja nigdy w całym swoim życiu zawodowym nie byłem osobą funkcyjną. Nie byłem naczelnikiem wydziału, nie byłem zastępcą ani szefem jednostki, nie pełniłem żadnych funkcji kierowniczych. Odkąd tylko przyszedłem na asesurę, cały czas ciężko pracuję. Zmiany kadrowe przebiegają obok mnie, a ja mam głowę w aktach. Nigdy nie angażowałem się w politykę – a z tym, że sprawa Sławomira Nowaka została nazwana polityczną, nie miałem nic wspólnego. Wszystkie zarzuty, które były mu stawiane, miały oparcie w materiale dowodowym, nie były motywowane niczym innym jak tylko oceną tego właśnie materiału.

Reasumując: nie czuje się Pan w żaden sposób beneficjentem zmian, do których dochodziło w prokuraturze w ciągu ostatnich lat.

Nie. Na swoją pozycję pracowałem bardzo ciężko i przez wiele lat. Żaden z moich awansów nie był awansem przyspieszonym. I każdy z nich potrafię obudować konkretnymi sprawami.

Mimo złożonego wniosku Pana sprawą nie zajęła się Krajowa Rada Prokuratorów. To zaskoczenie czy raczej się tego Pan spodziewał?

Wniosek w tej sprawie nie był mój. Ale szczerze powiedziawszy teraz zastanawiam się, czy to nie był błąd. Rozważam, żeby to zrobić. To, co dzieje się wokół mnie, postrzegam jako zemstę oraz sztandarowy przykład naruszenia niezależności prokuratora. Odwołanie z delegacji to jedno. Ale przede wszystkim chodzi o to, że ja dalej formalnie odpowiadam za sprawę Sławomira Nowaka, bo przecież chce mi się za nią robić postępowanie dyscyplinarne, a nie mam na nią realnego wpływu. Jestem autorem aktu oskarżenia, a nie byłem nawet na posiedzeniu, na którym zapadło niesławne umorzenie, nie mogłem kontrargumentować, nie mogłem zająć swojego stanowiska - a ja byłem w stanie dokładnie pokazać w aktach, gdzie są dowody. Mało tego - gdy zapadło umorzenie, Prokuratura Regionalna rekomendowała Prokuraturze Okręgowej wniesienie zażalenia. Nikt się do mnie nie zwrócił pomoc, mimo że wiadomo było, że jestem w stanie to zrobić.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.