Prokurator z etykietą (grudnia)
Choć prowadził wiele ważnych spraw, m.in. związanych z przestępstwami gospodarczymi, jest postrzegany jako "Prokurator od Grudnia ’70". Syzyfowe prace Bogdana Szegdy trwają już 20 lat
I prędko się nie skończą. Po niedawnym wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, który uniewinnił byłego wicepremiera Stanisława Kociołka i skazał na kary więzienia w zawieszeniu dowódców wojskowych, którzy pacyfikowali protesty robotników, Bogdan Szegda czuł tylko irytację. Gdy w 1993 r. przydzielono mu tę sprawę, miał 33 lata i syna w przedszkolu. Akt oskarżenia przygotował w półtora roku. Teraz, po 20 latach, zapada pierwszy wyrok, kiedy syn się dawno usamodzielnił, a on sam jest już człowiekiem w średnim wieku. - To jest niewyobrażalne, by postępowanie trwało tyle lat - mówi prokurator Szegda. Irytacja tym większa, że jego zdaniem materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę jest bardzo mocny. - Tymczasem strategia drugiej strony opiera się wyłącznie na negacji. Ostatnim tego przykładem było stwierdzenie, że oskarżony Kociołek nie działał w sztabie lokalnym, bo nie ma dokumentu potwierdzającego jego istnienie. Takie argumenty są zabawne, bo od kiedy to tego typu gremia się formalizują, działają na podstawie statutu i jeszcze przedstawiają protokoły ze swoich posiedzeń - przytacza prokurator.
W 1970 r. mieszkał na osiedlu Grabówek, 500 metrów od centrum wydarzeń. - Pamiętam helikoptery, terkot broni maszynowej i jak dziś słyszę ten wystrzał z armaty czołgu, o którym piszę w akcie oskarżenia. To był potężny huk, doskonale słyszalny dla wszystkich okolicznych mieszkańców. Dla dzieciaka to była sceneria niemalże wojenna, panowała atmosfera zagrożenia i jedna wielka obawa. Dwa dni później, 19 grudnia, idąc do biblioteki przyzakładowej Zarządu Portu Gdynia przechodziłem obok wiaduktu kolejki elektrycznej przy Stoczni Komuny Paryskiej. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem przestrzeliny na wiadukcie. Wszędzie było pełno żołnierzy, a samo miasto zdawało się być wymarłe - wspomina Bogdan Szegda, któremu przez myśl nie przeszło wówczas, że jego przyszłość zostanie tak zdeterminowana przez tamte tragiczne wydarzenia).
Marzył o karierze piłkarza, rozpoczynając wtedy treningi w trampkarzach ukochanej Arki Gdynia (miłość do klubu nie wygasła, mimo że od 1989 r. mieszka w Gdańsku). Na prawo poszedł zafascynowany wielogodzinnymi dyskusjami o historii z przyszywanym dziadkiem. - Byłem pod wrażeniem jego wiedzy. Poza tym wśród przyjaciół moich rodziców był pewien sędzia - wielki erudyta, wspaniały człowiek, którego postać również przyczyniła się do kierunku studiów - opowiada prokurator. Znajomy sędzia przyczynił się mimowolnie także do tego, że już na drugim roku Szegda wiedział, iż... sędzią nie zostanie. Zawód ten kojarzył mu się bowiem z nieustannym pisaniem uzasadnień. Dynamika pracy prokuratora o wiele bardziej odpowiadała jego temperamentowi.
Do rejonu trafia w 1984 r., a od 1991 r. pracuje w Prokuraturze Okręgowej (wtedy wojewódzkiej). Dwa lata później dostaje propozycję prowadzenia sprawy Grudnia’70 i podejmuje wyzwanie. - W pierwszej chwili traktowałem to jako wyróżnienie: wielka historia, wielka sprawa pod względem prawnym. Choć stan faktyczny nie budził wielkich wątpliwości, to wtedy nie zdawałem sobie sprawy z wielu kwestii pobocznych, nie wiedziałem, z jakim oporem się spotkam choćby przed udostępnianiem materiałów archiwalnych - opowiada oskarżyciel. I dodaje, że obok procesu toczącego się na sali sądowej równolegle trwał drugi, poza salami, w ramach którego napływało na niego masę skarg, uwag i doniesień o popełnieniu przestępstwa. - Każdy minister sprawiedliwości od Jerzego Jaskierni aż do Lecha Kaczyńskiego dostawał formalną skargę na mnie. Nie mogłem się w postępowaniu dopuścić najmniejszego choćby uchybienia, bo część mediów by mnie rozszarpała - zaznacza Bogdan Szegda.
Od 2001 r. pracuje w Prokuraturze Apelacyjnej. Zajmuje się m.in. przestępczością zorganizowaną i przestępstwami gospodarczymi. Kierował akty oskarżenia przeciwko mafii paliwowej, sprawie przemytu na wielką skalę samochodów z USA i Kanady sposobem "na mienie przesiedleńcze" czy doprowadził do skazania prezydentów Gdańska za przyjęcie łapówek. Jednak pomimo tych sukcesów zawsze postrzegany był jako "prokurator od Grudnia". - Doświadczony, sumienny, merytorycznie bardzo dobrze przygotowany - komplementuje go prok. Ireneusz Tomaszewki, szef gdańskiej apelacji.
Wciąż stara się być aktywny. Biega za piłką czy pływa. Fascynuje go historia Gdańska, a w ramach hobby kolekcjonuje zegary, zwłaszcza przedwojenne budziki. Wie więc dobrze, że czas ostatecznego rozstrzygnięcia jeszcze nie nadszedł. Używając bliskiej mu terminologii piłkarskiej można powiedzieć, że w sprawie Grudnia’ 70 mecz wciąż trwa. - Zakończyła się tylko pierwsza połowa, ale żadna ze stron nie zdobyła przewagi. Z tym że zapowiada się długi mecz, którego pewnie nie da się rozstrzygnąć w regulaminowych 90 minutach. Raczej będzie dogrywka, a kto wie, czy nie pojawi się konieczność rozegrania dodatkowego spotkania - przewiduje Bogdan Szegda.
@RY1@i02/2013/093/i02.2013.093.07000030c.802.jpg@RY2@
wojtek górski
Bogdan Szegda
Piotr Szymaniak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu