Dziennik Gazeta Prawana logo

Celebryta mimo woli

28 czerwca 2018

Przeciętny Polak może nie kojarzyć prezesa Trybunału Konstytucyjnego, I prezesa Sądu Najwyższego, o członkach Trybunału Stanu nie wspominając. Ale większość słyszała o człowieku, który sądził doktora G.

Przez ostatni tydzień nazwisko sędziego Igora Tulei odmieniano przez wszelkie możliwe przypadki - choć nie zawsze poprawnie. Mówili o nim dziennikarze, sędziowie i adwokaci, kłócili się o niego politycy, dyskutowali o nim zwyczajni ludzie. Wszystko przez ustne motywy uzasadnienia wyroku (z osławionym porównaniem nocnych przesłuchań do metod stalinowskich), które zelektryzowały opinię publiczną bardziej niż sam wyrok.

Sprawca całego zamieszania nie wydaje się być zachwycony rolą gwiazdy sezonu. - Po 4 stycznia zostałem już kilkakrotnie zaczepiony na ulicy, na szczęście póki co przez osoby życzliwe - przyznaje sędzia Tuleya. Sprawa Mirosława G. nie jest pierwszym procesem, który budzi emocje, także polityczne, więc do bycia w centrum uwagi zdążył przywyknąć. - To poniekąd wkalkulowane w nasz zawód. Każdy sędzia, podejmując rozstrzygnięcie, opiera się na konstytucji i ustawach, nie analizuje natomiast, jaka partia jest u władzy i czy wyrok spotka się z aprobatą opinii publicznej oraz mediów. W przypadku mediów z reguły jest zresztą tak, że jeśli jedna gazeta oceni wyrok dobrze, to druga źle, i odwrotnie - mówi Tuleya.

Gromy ciskano w jego kierunku, gdy nie zwolnił z tajemnicy dziennikarskiej Adama Michnika i Pawła Smoleńskiego - czego przy okazji afery Rywina domagała się sejmowa komisja śledcza. Podobnie stało się, gdy rozpatrując zażalenie na zatrzymanie oskarżonego o zdradę tajemnicy państwowej byłego ministra Janusza Kaczmarka, uznał zastosowane środki za bezzasadne. Ustne motywy uzasadnienia w procesie "Szkatuły", czyli szefa gangu mokotowskiego, także budziły sprzeczne reakcje. Jedni byli zgorszeni, odczytując je jako pochwałę skierowaną w stronę gangstera (który sam zaproponował dla siebie karę, ale nie przyznał się do winy), inni doceniali pragmatyzm sędziego najwyraźniej świadomego, iż w przypadku gangstera skrucha i tak byłaby nieszczera.

Paradoks polega na tym, że o ile sędziów najczęściej krytykuje się za używanie zbyt hermetycznego języka, o tyle Igor Tuleya zbiera cięgi wtedy, gdy stara się mówić po ludzku. - Jego orzeczenia są dobrze uzasadnione i jakkolwiek można z nimi merytorycznie dyskutować, są na pewno wyrazem najwyższej staranności zawodowej. Igor Tuleya krytycznie bada stan każdej sprawy, w której orzeka i to jest cecha bardzo cenna u przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości - mówi dr Wojciech Machała z Uniwersytetu Warszawskiego, który z sędzią studiował na jednym roku.

Co ciekawe, sam Tuleya jeszcze w trakcie studiów na UW widział siebie raczej w roli teoretyka. Otworzył nawet przewód doktorski pod kierownictwem prof. Michała Pietrzaka, ale dość szybko porzucił asystenturę na rzecz pracy w sądzie. - Zabrakło mi ambicji i samozaparcia - przyznaje bez ogródek.

Za uczelnią nie tęsknił, bo prawo karne wciągnęło go na dobre. - Uznałem, że jest najciekawsze i nie pomyliłem się. Nie wyważałem zamkniętych drzwi w dziedzinie teorii prawa, ale miałem okazję rozpatrywać bardzo interesujące sprawy - mówi Tuleya. Jak przyznaje wyzwaniem intelektualnym był dla niego wspomniany już przypadek dziennikarzy "GW", ale także m.in. sprawa ekstradycji Zakajewa, który przebywał poza terytorium Polski. Sądząc śledczych z czasów stalinowskich, po raz pierwszy trzymał w ręku akta spraw historycznych, a na sali sądowej spotkał żołnierzy "Zośki" czy "Parasola", o których czytał w książkach. Innym razem miał okazję przyjrzeć się, jak pracują nasze służby kontrwywiadowcze i na żywo, nie na filmie, zobaczyć prawdziwego rosyjskiego szpiega (którego zresztą skazał).

Przez pewien czas wydawało się, że jest sędzią "nieawansowalnym". - Wszyscy moi rówieśnicy już dawno orzekali w sądach wyższych instancji, a ja wciąż tkwiłem w sądzie rejonowym. Gdy koledzy z mojego sądu dowiedzieli się, że ja orzekałem, gdy oni byli jeszcze w szkole średniej, zaczęli mówić na mnie "dziadek". A dlaczego nie awansowałem? Być może byłem za słaby - mówi skromnie Igor Tuleya, który ostatecznie awansował po 14 latach (wedle obiegowej opinii przeszkodą był właśnie jego niewyparzony język).

Prywatnie jest kinomaniakiem, który w wolne popołudnie potrafi zaliczyć trzy seanse z rzędu. - Oglądam wtedy wszystko, co wchodzi na ekrany. No i wstyd się przyznać, jestem wielbicielem poezji. Ale sam nie piszę! - zastrzega.

@RY1@i02/2013/011/i02.2013.011.07000030d.802.jpg@RY2@

Fot. Wojciech Górski

Igor Tuleya

Piotr Szymaniak

piotr.szymaniak@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.