PIT czy VAT - polemika z Hanną Kuzińską
W wywiadzie, którego udzieliła DGP pani profesor Hanna Kuzińska ("Historia podatków polskich" DGP 18-20 stycznia 2013 r.), przedstawiona została totalna krytyka polskiego systemu podatkowego. Nie zaliczam się bynajmniej do jego zwolenników. Jednak zmiany, które pani profesor proponuje, są całkowicie przeciwne do tych, które ja popieram i które kiedyś na łamach DGP postulowałem.
Głównym zastrzeżeniem, które Kuzińska zgłasza wobec obecnego systemu, jest zbyt wysoki udział podatków pośrednich w finansowaniu wydatków rządowych. Postuluje więc stopniowe obniżenie VAT i jednoczesną podwyżkę progów podatku PIT zwłaszcza dla osób najwięcej zarabiających. Jej argumentacja za zmianami w tym kierunku odwołuje się do sprawiedliwości społecznej - zdaniem pani profesor podatek VAT jest zły dlatego, że uderza przede wszystkim w najbiedniejszych.
Nie zgadzam się zarówno z podtrzymywaną przez Kuzińską tezą, jak i z jej uzasadnieniem. Podatek VAT nałożony na wszystkie nabywane przez obywateli dobra konsumpcyjne jest ekonomicznie równoważny liniowemu podatkowi od dochodów osobistych. Z tą ważną różnicą, że o wiele trudniej jest go ominąć. Bez względu na to bowiem, co jest źródłem dochodów podatnika, stały procent jego wydatków zawsze trafia do kasy państwa. Taka sytuacja pozwala uniknąć wielu niesprawiedliwości, które tak rażą w dzisiejszym systemie.
Przykładowo gdyby VAT z wyższą niż obecna stawką w całości zastąpił PIT, zniknąłby zupełnie problem opodatkowania przypadkowych grup osób wedle preferencyjnych stawek (w III RP sztandarowym przykładem są tak zwani twórcy). Nie byłoby też możliwości wykpiwania się od daniny na rzecz państwa, pracując na czarno bądź otrzymując dywidendy od spółek zarejestrowanych w rajach podatkowych. Wszystkie pieniądze bez względu na to, czy zostały zarobione w kraju, czy za granicą, byłyby opodatkowane według jednej stawki w momencie, w którym ktoś zdecydowałby się je w naszym kraju wydać. W stosunku do obecnego systemu byłby to nie lada postęp.
Warto też zwrócić uwagę, że VAT płacony w tej chwili w Polsce nie jest podatkiem liniowym. Ze względu na obniżone stawki na towary podstawowe, które mają znaczący udział w budżetach najbiedniejszych gospodarstw domowych, efektywne opodatkowanie ma charakter progresywny. Nie jest też prawdą, że system podatkowy oparty na podatkach pośrednich uniemożliwia prowadzenie polityki społecznej. Państwo nadal może, jeśli uznamy to za pożądane, wspierać np. osoby z dziećmi, tyle że nie dokonuje się to w drodze ulg podatkowych, lecz przez bezpośredni transfer środków.
W rozmowie z Kuzińską pada wiele innych wypowiedzi, które budzą zastanowienie. Pani profesor stwierdza w pewnym momencie, że: "Pieniądze, które zostały w kieszeni zamożniejszych podatników, zamiast rozbudzać popyt i wzrost gospodarczy, są najczęściej oszczędzane w różnych formach (lokaty, papiery wartościowe, nieruchomości, kruszce itp.). Czyli mamy skutek odwrotny do zamierzonego". Pomińmy nieruchomości, na które popyt w oczywisty sposób stymuluje sektor budowlany, oraz kruszce, które stanowią margines oszczędności Polaków. Wymienione przez Kuzińską w pierwszej kolejności lokaty i papiery wartościowe są przecież podstawowym narzędziem, które pozwala we współczesnej gospodarce przełożyć oszczędności na inwestycje. Te zaś z kolei odpowiadają za długookresowy wzrost gospodarczy, czego raczej nie kwestionuje żaden ekonomista. Nie wiem, jak można to rzeoczyć.
Dziwi mnie też trudność, jaką sprawia pani profesor wyjaśnienie różnic w systemach podatkowych w zachodniej i wschodniej Europie. Kuzińska pyta: "Dlaczego podatki pośrednie są bardziej lubiane przez polityków młodych demokracji i w krajach o relatywnie niskim PKB na mieszkańca? Przecież tam, gdzie jest więcej biedy i nierówności dochodowych, państwo mogłoby w większym stopniu podatkami od dochodów i majątkowymi poprawiać życie osób mniej zasobnych materialnie". Hipoteza wyjaśniająca to zjawisko, którą proponuje, mówi o potrzebie maksymalizacji dochodów państwa przez pazernych polityków.
Tymczasem moim zdaniem wyjaśnienie jest zupełnie inne. W relatywnie biednym jak na warunki UE kraju takim jak Polska po prostu nie da się wprowadzić wysokiej progresji podatkowej bez znacznego odpływu siły roboczej. Co innego bowiem być osobą o wysokich zarobkach w Szwecji czy w Danii, skąd nie bardzo da się uciec przed przekraczającymi 50 proc. podatkami. Nigdzie bowiem nie znajdziemy podobnie wysokiego standardu życia, równie wysokiej kultury, a przede wszystkim równie wysokich zarobków. Co nam z tego, że pojedziemy do Bułgarii, gdzie stawka podatku wynosi 10 proc., jeżeli nasza pensja jako lekarza, prawnika czy informatyka będzie musiała spaść kilkukrotnie, ponieważ nikogo w przeciwnym wypadku nie byłoby stać na nasze usługi? Z Polski zaś nie jest tak trudno wyjechać - odpływ lekarzy już jest przecież odczuwalnym problemem. Zwiększenie progresji podatkowej tylko by go pogłębiło, za co, przez obniżenie jakości służby zdrowia, zapłaciliby przede wszystkim najbiedniejsi.
@RY1@i02/2013/023/i02.2013.023.00000210f.802.jpg@RY2@
Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions
Maciej Bitner
główny ekonomista Wealth Solutions
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu