Koniec historii antyludowej
P rzez wiele lat takich książek nie było, teraz jest ich wysyp. Przed tygodniem polecałem „Bękarty pańszczyzny” Michała Rauszera, będącą częścią serii na temat ludowej historii Polski, a dziś potężna „Ludowa historia Polski” pióra Adama Leszczyńskiego.
„Jestem jak polski Zinn, jestem jak polski Zinn” – zdaje się krzyczeć ta książka. Howard Zinn to autor „Ludowej Historii Stanów Zjednoczonych”, którą po raz pierwszy wydano w 1980 r. Praca świetnie trafiła w swój czas, stając się biblią antyreaganowskiej i antyimperialistycznej Ameryki. Była też kanwą niezliczonej ilości kłótni o to, co jest prawdziwą historią USA? Czy jest nią perspektywa garstki uprzywilejowanych ziemian, kapitalistów i mieszczan, którzy zbuntowali się przeciwko angielskiej zwierzchności? A potem postanowili wybierać spośród siebie prezydenta i parlament, nazywając to demokracją. Czy raczej prawdziwe dzieje Ameryki to historia rzezi Indian, ucisku niewolników, wyzysku migrantów z Włoch, Polski czy Irlandii oraz kobiet w ramach patriarchalnych struktur?
Takiego wydarzenia jak książka Zinna w polskiej historiografii nigdy nie było. Ale też być nie mogło. A to dlatego, że perspektywa ludowa była w PRL jednak dużo mocniej reprezentowana niż w powojennej kapitalistycznej Ameryce. Mowa tu zwłaszcza o pierwszej fazie Polski Ludowej. Nie była to nigdy jedna konkretna książka, a raczej nurt myślenia o historii. Później został on odłożony na półkę, a ludowa historia stawała się coraz mniej popularna. A dla wielu wręcz wstydliwa. Bo po 1989 r. w modzie było wyszukiwanie szlacheckich korzeni.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.