Nieracjonalność racjonalności rynkowej
K ażdy wielki kryzys sprzyja krytycznemu namysłowi nad tym, co go poprzedziło. Ja skoncentruję się jedynie na jednym wymiarze rzeczywistości przedkryzysowej, który wymaga krytyki – chodzi mi o tzw. racjonalność rynkową.
Najpierw krótko o tym, jak należy rozumieć racjonalność rynkową. W wielkim skrócie to zestaw przekonań sterujących praktyką rynkową uważany przez jej apologetów za wzór racjonalności jako takiej. Składają się na nią m.in. przekonania, że głównym celem gospodarowania jest uzyskiwanie jak największego zysku przy jak najmniejszych nakładach. Przekładając to na język konkretu, chodzi o to, by produkować jak najtaniej, sprzedawać jak najdrożej. Słowem kryterium racjonalności jest wielkość zysku. I nic więcej. Zasadę tę wyraził jeden z najwybitniejszych zwolenników rynku Milton Friedman (laureat ekonomicznego Nobla w 1976 r.), który powiedział, że jedynym zobowiązaniem społecznym przedsiębiorstwa jest osiąganie zysku.
Nie jestem pierwszym, który zauważa, że tak pojmowana racjonalność rynkowa stoi w sprzeczności z innymi racjonalnościami. Czytelnik może popaść w konfuzję: istnieją różne racjonalności? Kłóci się to ze zdroworozsądkowym przekonaniem, że albo coś jest racjonalne, albo nie. Twierdzę, że racjonalność jest zawsze uzależniona od kontekstu, w tym i od nadrzędnego celu, który sobie stawiamy. Najlepiej widać to w dwóch kontekstach: czasowym i wielkościowym. Co jest racjonalne w perspektywie krótkoterminowej, może być nieracjonalne w perspektywie długoterminowej, a to, co racjonale z punktu widzenia mikro, okazuje się nieracjonalne z punktu widzenia makro.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.