Harce się skończyły
Inflacja zniknęła na kilka lat, zaskakując ekonomistów. Dziś są zdziwieni, że wróciła. Banki centralne zapewniają, że pozostaje pod ich kontrolą. Czy na pewno?
Rok temu opublikowałem w DGP tekst „Gdzie się podziała tamta inflacja”, w którym, idąc tropem światowej sławy ekonomistów, próbowałem odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie. W czerwcu 2020 r. wydawało się, że inflacja na dobre ewakuowała się ze światowej gospodarki (choć akurat nie dotyczyło to Polski, gdzie ceny rosły w najlepsze). Dwie najważniejsze strefy walutowe ‒ euro i dolarowa ‒ zmagały się raczej z widmem deflacji, czyli trwałego spadku cen, dryfując w stronę pogrążonej w gospodarczym marazmie Japonii. Wydawało się, że amunicja polityki pieniężnej się skończyła i ani bliskie zeru stopy procentowe, ani luzowanie ilościowe nie są dla inflacji wystarczającą zachętą do powrotu. Ekonomiczne publikacje roiły się od tytułów w stylu: „Czy inflacja zniknęła na dobre?” (blog Banku Światowego) oraz „Koniec inflacji?” („The Economist”). To był też czas rosnącej popularności nowoczesnej teorii monetarnej (MMT) zakładającej, że rząd może drukować dowolne ilości pieniędzy, bo nigdy nie zbankrutuje, zaś zagrożenie inflacyjne jest wyolbrzymione przez pogrobowców Miltona Friedmana.
Dzisiaj już nikt przy zdrowych zmysłach tak nie uważa. Inflacja wróciła. W maju w USA sięgnęła 5 proc., w strefie euro (według pierwszych szacunków) dobiła do 2 proc., a w Polsce wyniosła 4,8 proc. (w ujęciu rok do roku). Co to oznacza?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.