Czy bank centralny też zzielenieje?
Z unijnym klimatyzmem jest jak z lokomotywą: jak się rozpędzi, ciężko teraz będzie go wyhamować. Nie mówiąc o zatrzymaniu czy zmianie kierunku jazdy. Mamy więc w Europie sytuację paradoksalną. Z jednej strony wydaje się, że nawet do najbardziej odpornych zaczynają wreszcie docierać argumenty, że serwowany przez KE Ursuli von der Leyen zielony koktajl wygasza europejską konkurencyjność, niszczy miejsca pracy w przemyśle i wpycha ludzi w prekariat oraz ubóstwo energetyczne. Jednak w tym samym czasie klimatyzm wszedł już w europejski krwiobieg i żyje swoim życiem.
Jednym z mniej znanych jego przejawów, lecz niesamowicie niebezpiecznych, jest presja na zazielenianie bankowości centralnej. Chodzi o to, by kierujący europejską polityką monetarną dołączyli cele klimatyczne do codziennych zadań. A najlepiej nadali im priorytet. W efekcie zielony bank centralny przyszłości miałby nie tylko troszczyć się o wartość pieniądza, stabilność sektora finansowego i poziom rozwoju gospodarczego czy bezrobocia, lecz także o to, by kraj zmierzał w kierunku neutralności klimatycznej. A może nawet przede wszystkim o to.
Co miałoby to konkretnie znaczyć? Paleta działań jest niezwykle szeroka. Rozciąga się od niewinnych postulatów włączenia ryzyk klimatycznych do modeli ekonomicznego prognozowania. Można sobie wyobrazić, że bankierzy centralni uzależniają operacje otwartego rynku (kupno lub sprzedaż papierów wartościowych) od tego, czy banki komercyjne wspierają lub nie konkretne przedsięwzięcia albo inwestycje uznane za proklimatyczne. Ponieważ tego typu operacje mają dla banków komercyjnych znaczenie nieraz egzystencjalne, jest dla każdego oczywiste, że taki lewar szybko mógłby doprowadzić do wymuszenia na sektorze finansowym bardzo konkretnych zachowań. Nawet jeśli byłyby one dla takiego gracza mało korzystne.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.