Bańki, lądy, morza…
Jest problem w obecnych liberalnych demokracjach, których obywatele są zanurzeni w mediach społecznościowych. A mianowicie: brak plaż
Plaża jest miejscem szczególnym, bo spotykają się na niej dwa zupełnie odmienne światy - ląd i morze. Gdyby król zwierząt (zapewne jakiś lew albo gigantyczny krab) dostał we władanie kraj zamieszkany i przez stworzenia lądowe, i przez morskie, musiałby często plażę odwiedzać; byłoby to absolutnie krytycznym warunkiem dobrego panowania. Tylko na plaży bowiem mógłby zanurzyć łapy w morzu, zobaczyć muszle, w których mieszkaliby jego morscy poddani, obejrzeć bursztyny, porozmawiać z ośmiornicami i delfinami. Niemal niemożliwe zadanie wydawania dekretów, które uwzględniają zarazem mieszkańców lądu i morza, mogłoby stać się nieco łatwiejsze tylko dzięki wspólnej deliberacji. Delfiny muszą oglądać gonitwy antylop, wilki muszą dostrzec punkt widzenia kałamarnicy, żeby przyjąć prawo, które dba o wszystkich. Plaża to miejsce spotkań. A więc nie klif, nie urwisty brzeg. Lwie, żeby budować mosty, idź tam, gdzie dwa światy mogą się naprawdę przenikać i poznać. Inaczej skończysz z krajem podzielonym wzajemnym niezrozumieniem i nienawiścią.
Jakoś ciągnęliśmy ten deliberacyjny wózek w zachodnich demokracjach, dopóki na dobre nie przenieśliśmy polityki do internetu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.