Z faktami się nie dyskutuje. Czyżby?
Zwolennicy radykalnych polityk klimatycznych bardzo lubią powtarzać, że ich racje to nie opinie, tylko niepodważalne fakty. Mające swoje źródło w naukowych badaniach, które składają się na opowieść o katastrofie klimatycznej. Zawinionej, rzecz jasna, przez człowieka. Pozwólcie, że na przykładzie dwóch prac naukowych pokażę, jak bardzo podważalne bywają te rzekomo niepodważalne fakty.
W 2024 r. w prestiżowym magazynie naukowym „Nature” ukazał się tekst Caluma Cunninghama, Granta Williamsona i Davida Bowmana. Autorzy dowodzili, że w ciągu minionych 20 lat liczba ekstremalnych pożarów na całym świecie zwiększyła się ponaddwukrotnie. Wniosek oparty był na oszacowaniu siły promieniowania cieplnego ognia na podstawie obserwacji satelitarnych. Jest to uznany sposób badania intensywności pożarów i po angielsku nazywa się „fire radiative power” (FRP). Ustalenia były spójne z ogólną alarmistyczną narracją dotyczącą nadciągającej katastrofy klimatycznej. Wiadomo: jest coraz goręcej, więc planeta płonie, częściej i mocnej. Nic dziwnego, że badanie zrobiło szybko rundę najpierw w czasopismach fachowych, a potem w mediach opiniotwórczych, jak „The New York Times” czy „Scientific American”.
Jednak kilka miesięcy później w tym samym „Nature” pojawiła się praca wytykająca Cunninghamowi i spółce poważne błędy, prowadzące do nadinterpretacji danych. Jej autorzy – Simon Josua Schutze i Victor Resco de Dios – twierdzili, że z ich analizy tych samych danych wynika, że ekstremalnych pożarów było w ostatnich dwóch dekadach nie dwa razy więcej, ale mniej o 35 proc. Skąd wzięła się tak potężna różnica? Chodzi o metodologię oraz definicję pożaru ekstremalnego. Alarmiści patrzyli na dane FRP tak, by ten wzrost faktycznie nastąpił. Na dodatek wszystkie wzrosty z definicji przypisywali zmianom klimatycznym. Ich adwersarze tłumaczą, że wysokie FRP może być złudzeniem spowodowanym tworzeniem się większych skupisk ciepła, których nie powinniśmy sumować. Zaś ich powstawanie ma wiele nieklimatycznych przyczyn, wśród nich np. cięcia nakładów na ochronę przeciwpożarową albo procesy urbanizacyjne polegające na rozlewaniu się skupisk ludzkich. I bądź tu człowieku mądry. Ja nie potrafię powiedzieć, czy rację mają Cunningham et consortes, czy Schutze i de Dios. Faktem jest, że oba teksty zostały przez „Nature” opublikowane i oba prowadzą do zupełnie różnych wniosków. Z jedną różnicą. Praca alarmistyczna została nagłośniona w najważniejszych mediach świata. A praca, która na owe alarmistyczne wnioski wylewa kubeł zimnej wody, nie przebiła się do nich. Nawet w cytowaniach w literaturze fachowej przewaga opowieści alarmistycznej jest miażdżąca i wynosi – jak dotąd – (prawie) dwieście do jednego. Więc jak to jest? Teza o tym, że ekstremalnych pożarów jest dwa razy więcej, robi karierę, bo jest lepsza? Czy dlatego, że dobrze wpisuje się w oczekiwania mediów i społeczeństw, które tezę o płonącej planecie wdrukowały sobie do głowy? To ważne pytania. Pamiętajcie o nich, gdy następnym razem ktoś będzie na was krzyczał, że z faktami się nie dyskutuje. ©Ⓟ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.