Gębon czyta akta Epsteina. Co zyskaliśmy na odtajnieniu 3 mln dokumentów?
Brawo, to nie lada sztuka. Tak odtajnić sprawę, by uczynić ją równie mętną jak wcześniej. Ostatecznie zamiast zdusić teorie spiskowe, tylko je podsycić. Tak, mowa o odtajnionych aktach Jeffreya Epsteina. Co zmieniło ich ujawnienie? Niewiele.
Jest w „Cyberiadzie” Stanisława Lema bajka, w której Klapaucjusz i Trurl, dwie podróżujące przez kosmos myślące maszyny, napotykają niebezpiecznego Gębona. Zbójcę, którego charakteryzowała „łapczywość bezmierna wiedzy wszelakiej”. Duet konstruktorów pokonuje go, zasypawszy lawiną informacji, w żaden sposób niewyselekcjonowanych. Gębon dopadł do lektury i czytał: „że córka króla Petrycego z Labaudii zwała się Garbunda, i co jadł na drugie śniadanie Fryderyk II, król bladawców, nim wojnę wypowiedział Gwendolinom, i ile powłok elektronowych liczyłby sobie atom termionolium, gdyby taki pierwiastek był możliwy”. W tym czasie Klapaucjusz i Trurl bezpiecznie odlecieli.
Jeffrey Epstein kupuje „Dekalog” Kieślowskiego...
Człowiek wolałby się utożsamić z tym mądrzejszym bohaterem, a jednak w sprawie Epsteina przypadła nam rola Gębona. W ostatnim tygodniu mogliśmy się bowiem dowiedzieć, że Jeffrey Epstein zamówił „Dekalog” Kieślowskiego w sklepie internetowym, co sądził o katastrofie smoleńskiej i że wiedział z wyprzedzeniem, kto dostanie Oscara za rolę męską w 2011 r.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.