Fryderyk Wielki podaje torcik [OPINIA]
Ucieczka od powagi w stronę wymuszonego luzu jest stałą składową współczesnej kultury. Czy nie zapędzamy się w tym jednak za daleko? O zamieszaniu, jakie wywołało zjawienie się Jego Wysokości Fryderyka II w Muzeum Twierdzy Kostrzyn.
Orwellowskiej wyobraźni by trzeba, żeby marzyć o wymazywaniu czy przemilczaniu jakichkolwiek faktów z przeszłości Polski – a tym bardziej obecności koronowanych głów, co tu kryć, poruszających wyobraźnię i stanowiących dobry punkt wyjścia do narracji traktującej o sprawowaniu władzy. Wszystkich koronowanych głów – nie tylko Piotra I Cypryjskiego (na uczcie u Wierzynka) czy Maksymiliana II Habsburga, ale i mniej Rzeczypospolitej życzliwych. W tym i Fryderyka II, twórcy potęgi Prus: warto o nim pamiętać nad Kanałem Bydgoskim, którego budowę zainicjował, w Lwówku Śląskim i Jaworzynie Śląskiej (wówczas zwanej Königszelt), gdzie stawał obozem podczas wojny siedmioletniej – i w Kostrzynie, gdzie z wyroku ojca uwięziony był przez ponad rok w twierdzy.
Nawet efraimki, czyli fałszywe osiemnastogroszówki (orty), bite przez mennice Fryderyka II ze zrabowanych podczas wojny siedmioletniej stempli z myślą o osłabieniu gospodarki Rzeczypospolitej, choć kruszcu w nich tyle, co kot napłakał, cieszą się u numizmatyków dużą popularnością. O ile więcej warte są pamiątki, bardziej bezpośrednio związane z „królem-filozofem”? Tym bardziej – w Kostrzynie, nadodrzańskim mieście zrujnowanym przez ofensywę Armii Czerwonej jak żadne w Polsce, któremu w związku z tym szczególnie zależy na materialnych śladach przeszłości.
Kontrowersje wokół niemieckiej tablicy w Kostrzynie
Inna rzecz, że tablica, którą odzyskało w styczniu Muzeum Twierdzy Kostrzyn, nie pochodzi z czasów Fryderyka II: wmurowano ją w ścianę nieistniejącej już kamienicy w XIX w., za czasów II Rzeszy Niemieckiej. Podobnie zresztą było z tablicą w Kamiennej Górze, upamiętniającą wizyty króla oraz jego następcy, Fryderyka Wilhelma II, odnalezioną i dumnie wmurowaną na kamiennogórskim Placu Wolności przed sześciu laty. Jest to więc „pamięć o pamięci”, niejako podwojona – a zabytki, o których mowa, odwołują się nie tylko do pruskich monarchów, lecz i do praktykowanej lokalnie polityki historycznej przedwojennych Niemiec.
W ostatnich latach podobne inicjatywy stały się prawdziwym feblikiem ojców miast położonych na Ziemiach Zachodnich (dość przypomnieć niedawny spór o tabliczkę „Kaiserbrücke” na moście we Wrocławiu). Rodzi to namysł o granicę między upamiętnianiem wielonarodowej (i „wielopaństwowej”) historii tych ziem, a tworzeniem swego rodzaju historyzującego skansenu czy parku tematycznego. Szczególnie, kiedy rzecz nie dotyczy odległych w czasie i niewywołujących żadnych złych emocji rządów czeskich czy węgierskich.
W przypadku Kostrzyna spór wywołało jednak nie samo przekazanie muzeum obiektu z czasów panowania Niemiec, lecz oprawa. Ot, błahostka: zaproszenie mówiące o obecności Jego Wysokości Fryderyka II podczas ceremonii i aktor w stosownym kapeluszu, z zadumą poprawiający siwe loki peruki w przytomności władz miasta.
Rzeczpospolitą na ćwiartki?
Nic nowego: ucieczka od zbytniej powagi w stronę – czasem wymuszonego – luzu jest stałą składową współczesnej kultury, nie zdziwiłbym się, gdyby w muzealnym sklepie z pamiątkami zagościł mały Fryderyk pod postacią zgniotków i welurowych pluszaków. Kłopot w tym, że jest on jednak równocześnie sprawcą i najbardziej z trojga władców zdeterminowanym inicjatorem rozbiorów. Co dalej? Może torcik „Kołacz królewski”, na pamiątkę sztychów satyrycznych z epoki, przedstawiających Katarzynę II, Józefa II i Fryderyka II rozkrawających Rzeczpospolitą na ćwiartki? Wesołe to, niemartyrologiczne, a może i bezglutenowe. Byłoby jednak dobrze, gdyby w jego degustacji nie brał udziału prezydent miasta.
A mówiąc serio, kłopot nie w harcapie Fryderyka ani w przywołaniu jego monarszej nomenklatury (w dodatku niepełnej – uroczystość zechciał bowiem uświetnić król Prus, margrabia Brandenburgii i elektor Świętego Cesarstwa Rzymskiego!). Kłopot w tym, że władze municypalne – snadź urzeczone tym, że realna władza w „pierwszym świecie” coraz bardziej przepływa z poziomu państw do miast właśnie – skłonne są kompletnie nie myśleć o racji stanu (historycznej i realnej), sprawując swoje rządy niczym książęta udzielni.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu