Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Wszystkie nasze lęki [FELIETON]

Wracają kontrole na granicach z Niemcami i Litwą. Tusk: Decyzja już zapadła
Niemcy to naród, który kocha narzekać na własne państwo. Bardziej nawet niż PolacyShutterstock
17 grudnia 2025

Polski lęk to lęk społeczeństwa, które przez blisko trzy dekady wszystko budowało w biegu: demokrację, gospodarkę rynkową, prywatne majątki, kredyty, wakacje za granicą. Natomiast niemiecki strach to lęk sytego społeczeństwa. Lęk tych, którzy od dziesięcioleci żyli w świecie przewidywalnym.

Idą święta. Czas nie tylko radosny, ale i refleksyjny, więc dziś nieco o lękach. Formalnie Polacy i Niemcy żyją w dwóch różnych światach; państwach o różnych historiach, gospodarkach i temperaturze debaty publicznej. A jednak gdy socjologowie pytają nas o lęki, wychodzi zaskakująco podobny katalog: wojna, ceny, migracje, zdrowie, klimat. Różnica jest subtelna, ale fundamentalna: Niemcy boją się erozji stabilności, Polacy – powrotu chaosu. I, nie do uwierzenia, Niemcy bardziej narzekają na swoje rządy niż my na nasze!

Polacy żyją z wrażeniem, że „dalszy ciąg historii” potrafi przyjść nagle i brutalnie. A Niemcy?

Polski profil lęku sondaże z przełomu 2024 i 2025 roku streszczają mniej więcej tak: „Niech tylko nie będzie wojny, niech wystarczy do pierwszego i niech nikt nie zachoruje.” Zaledwie symboliczny ułamek badanych deklarował, że „nie boi się niczego”. Zdecydowana większość przyznawała otwarcie: „Tak, boję się, i to nie jednej rzeczy, ale całego pakietu”. Tak jest zresztą w obu krajach. I u nas, i za Odrą widać kumulację strachów; ludzie deklarują po kilka, czasem kilkanaście obaw naraz. Różnice zaczynają się w ich hierarchii.

W Niemczech wojna jest ważnym lękiem, ale nie pierwszym. Podstawowy strach to nie ten przed hukiem bomb, ale przed kolejnymi pęknięciami systemu. Tegoroczne wyniki słynnego raportu o lękach Niemców prowadzonego od ponad 30 lat przez ubezpieczyciela R+V pokazują, że na czele listy są rosnące koszty utrzymania, poczucie przeciążenia państwa przez uchodźców, strach przed podwyżkami podatków i cięciami świadczeń, nieosiągalne ceny mieszkań/czynszów. Wojna wisi nad Niemcami jak ciężka chmura, ale nie tak ciężka jak nad głowami Polaków.

To, że w Polsce wojna i bezpieczeństwo są bardzo wysoko, to efekt geografii i historii; granicy z Ukrainą, pamięci o XX wieku, opowieści przekazywanych w rodzinach. Polski lęk to lęk społeczeństwa, które przez blisko trzy dekady wszystko budowało w biegu: demokrację, gospodarkę rynkową, prywatne majątki, kredyty, wakacje za granicą. My żyjemy z wrażeniem, że „dalszy ciąg historii” potrafi przyjść nagle i brutalnie – z czołgiem, nie z raportem giełdowym. Mamy poczucie, że ta świeżo zdobyta normalność jest krucha, że jeden ruch – wojna, kryzys, choroba – może nas cofnąć o kilka etapów. Natomiast niemiecki strach to lęk sytego społeczeństwa. Lęk tych, którzy od dziesięcioleci żyli w świecie przewidywalnych podwyżek, rosnącego dobrobytu i w miarę stabilnej polityki. Teraz boją się, że ten porządek się rozpadnie: pod naporem inflacji, presji migracyjnej, populistów, kryzysu klimatycznego. Marzeniem przeciętnego Niemca jest: „Niech mnie nie zjedzą ceny, niech system się nie rozsypie, niech państwo to wszystko ogarnie.”

Powojenne Niemcy jako „republika lęku”

Strach stał się jednym z głównych paliw polityki. Tym, co media, partie i liderzy mogą albo łagodzić, albo cynicznie podsycać. I tu osobista refleksja: codzienna obowiązkowa niemiecka prasówka nieuchronnie nasuwa pytanie, czy strach naszych sąsiadów przed rozpadem porządku nie jest przypadkiem paranoiczny? Czemu w czwartej gospodarce świata co rusz wieszczą rozpad rządu? I to z powodu gorących dyskusji, niechby były one nawet o wysokość emerytur (nie o wojnę przecież)! To niepoważne, po co te histerie, myśli człowiek. A jednak. Ludzie są naprawdę wkurzeni, nie tylko lękliwi. 76 proc. badanych jest niezadowolonych z rządów Friedricha Merza, jednocześnie 60 proc. Niemców wskazuje gospodarkę jako największy problem kraju, a tylko 17 proc. wierzy, że chadecy i socjaldemokraci pod przywództwem tego kanclerza potrafią rozwiązać problemy gospodarcze. Krytyka bywa stylistycznie histeryczna, ale treściowo jest w jakiejś mierze uzasadniona. Gospodarka realnie kuleje, obciążenia podatkowo-składkowe rosną, inwestycje prywatne stoją, a rząd nie potrafi wyjść z trybu gaszenia pożarów.

Równocześnie trzeba jednak wziąć poprawkę na to, że Niemcy to naród, który kocha narzekać na własne państwo. Nie chodzi tylko o brak kultury sporu, ujawniający się w ograniczonej zdolności do akceptowania ostrego konfliktu politycznego i w preferowaniu – nawet pozornego – konsensusu. Przyczyną jest też słynna German Angst. Historycy nazywali powojenne Niemcy „republiką lęku”, krajem, który przez dekady żył w cieniu strachu przed powtórką totalitaryzmu, przed wojną atomową, przed ekologiczną katastrofą. I ten właśnie lęk idzie często w parze z perfekcjonizmem: jak coś nie działa modelowo, to od razu rośnie poczucie, że cały system jest zagrożony, że się wali. Zatem z okazji świąt, z przymrużeniem oka, życzymy naszym sąsiadom, by się zrelaksowali. I przyswoili popularne nad Wisłą porzekadło, które głosi, iż nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.