W piekielnej pułapce wzrostu
Wyobraźcie sobie firmę produkującą lodówki. Albo telewizory. Tysiąc sztuk dzień w dzień zjeżdża z jej linii produkcyjnej, niezmiennie od 20 lat. Firma osiąga stabilny zysk netto, 15 mln zł rocznie (inflacji w kraju nie ma) i wypłaca właścicielom dywidendę. Zatrudnia tysiąc osób, rotacja pozostaje niewielka. Firma jest cenionym pracodawcą, w miarę swoich możliwości wspiera też lokalną społeczność. Brzmi dobrze? To teraz znajdźcie w tym opisie słowo „wzrost”.
Żyjemy w rzeczywistości ekonomicznej, w której wzrost jest przyjmowany jako dominujący wyznacznik sukcesu. Produkcja musi rosnąć. Zyski muszą rosnąć. Notowania akcji spółki na giełdzie muszą rosnąć. Jeśli nie rosną, to może oznaczać stagnację, utracone szanse – czy aby na pewno władze firmy stają na wysokości zadania?
Nie chodzi oczywiście o to, że wzrost pozytywnych wskaźników związanych z działalnością przedsiębiorstwa sam z siebie jest zły. Trzeba przecież uwzględniać inflację, pieniądz traci na wartości. Jeśli cała branża dynamicznie rośnie, uprawnione może być oczekiwanie, aby działająca w niej firma również zwiększała sprzedaż. Wejście na nowe rynki zagraniczne i w ślad za tym zwiększenie produkcji także może być powodem do zadowolenia. Nie mówiąc o wzroście wynagrodzenia każdego z nas. I tak dalej, przykłady można mnożyć.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.