Opcje walutowe a logika Kalego
Pojawiające się w dyskusji głosy wskazują na zdumiewającą gotowość do zanegowania podstawowych dla wolnego rynku i państwa prawa zasad swobody umów, pewności obrotu prawnego, niedziałania prawa wstecz itp. w imię obrony rzekomo nieświadomych ryzyka kursowego, wprowadzonych w błąd, oszukanych, wyzyskanych przez okrutne, a jakże bezwzględne banki i jakoby nagle - akurat w odniesieniu do opcji walutowych - pozbawionych elementarnej wiedzy ekonomicznej niektórych przedsiębiorców. Niektórzy nawet wspinają się na szczyty absurdu, szukając w tym wszystkim wrażej roboty obcych mocarstw, a przynajmniej spisku zagranicznych banków.
Nie negując trudnej sytuacji ekonomicznej tych przedsiębiorców, którzy ponieśli straty na skutek szybkiego obniżenia się wartości polskiej waluty wobec głównych walut wymienialnych, należy odróżnić oszustwo i oczywiste wprowadzenie w błąd od komercyjnej umowy zawierającej element ryzyka ekonomicznego, jakich jest wiele zawieranych w ramach działalności przedsiębiorstw. Trudno jest przyjąć, że kierujący bardzo dużą firmą menedżer, np. dyrektor finansowy, zawiera umowę opcji walutowych, nie znając jej treści, nie rozumiejąc jej sensu ani ewentualnych konsekwencji gospodarczych w przypadku odwrócenia się trendu na rynku walutowym, co właśnie miało miejsce, poczynając od jesieni 2008 r. Czy nie było oczywistym zapytanie dealera banku o to, jakie będą zobowiązania firmy w przypadku wykonania przez bank opcji call, gdy kurs dolara nie będzie wynosił 2,10 zł, lecz 3,60 zł? Czy bank mógłby odmówić wyjaśnienia, nawet wobec braku formalnego przyjęcia w Polsce przepisów Dyrektywy MIFID? Czy było elementem racjonalnego i ostrożnego zarządzania przedsiębiorstwem zawieranie kilku umów opcji walutowych z klauzulami call na kwoty wielokrotnie przekraczające realne potrzeby, czy była to może jedynie spekulacja walutowa w czystej postaci?
Trudno także przyjąć, że banki zawierały umowy na opcje put, czyli sprzedaż przez przedsiębiorcę bankowi walut w dogodnym dla tego przedsiębiorcy momencie, kierując się altruizmem albo filantropią. Takich banków na świecie nie ma, tym bardziej nie ma ich w Polsce. Bank powinien na opcjach zarabiać, czyli albo musiał pobrać od klienta opłatę za opcję put, albo zawrzeć z nim umowę tzw. bezkosztową, zawierającą asymetryczną opcję call, pozwalającą na zniwelowanie ewentualnej straty poniesionej przez bank na opcji put i osiągnięcie zysku poprzez wykonanie opcji call. Podobnie trudno oczekiwać, że banki działają w próżni. Otóż muszą one zawsze, a więc musiały i w 2008 roku, zabezpieczyć swoje ryzyko kursowe wynikające z opcji put zwierciadlanymi umowami hedgingowymi z innymi podmiotami, zazwyczaj większymi bankami zagranicznymi. Jeżeli bank działający w Polsce należy do międzynarodowej grupy finansowej, jest naturalne, że zawierał umowy hedgingowe z podmiotami ze swojej grupy. Nic w tym tajemniczego ani spiskowego, po prostu zaawansowana produktowo międzynarodowa działalność bankowa. Próba ustawowego zapisania logiki, którą Henryk Sienkiewicz włożył w usta swego powieściowego bohatera Kalego, czyli jak Kali ukraść krowę, to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę, to źle, czyli jak przedsiębiorca zarabia na banku, sprzedając mu waluty po wynikającym z opcji put kursie wyższym niż aktualny (niski) kurs rynkowy, to dobrze, ale jak bank zarobi na przedsiębiorcy, żądając następnie odsprzedaży mu walut po wynikającym z opcji call kursie niższym niż aktualny (wysoki) kurs rynkowy, to źle i trzeba to szybko unieważnić albo przynajmniej ustawowo ograniczyć - jest po prostu absurdalna.
partner w Kancelarii Prawnej White & Case i docent UW
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.