Duże nie znaczy lepsze
Po kryzysie zachodni świat rozpoczął wielkie oszczędzanie. Rządy tną wydatki, firmy skracają listy płac, a gospodarstwa domowe zaciskają pasa. Słowem: zmniejszają. Czy taka kuracja wyjdzie nam wszystkim na dobre? Bardzo możliwe, że tak. Nieraz już okazywało się przecież, że w gospodarce duże wcale nie oznacza lepsze.
Weźmy choćby hipermarkety. Przychód Walmartu, największej na świecie sieci sklepów (i przy okazji największej prywatnej firmy w ogóle), to w zależności od roku ok. 2 - 3 proc. PKB największej gospodarki świata, czyli USA. Szefostwo koncernu z Bentonville z Arkansas łatwo więc może argumentować, że idąc do jednego z ich sklepów, znanych przecież z najniższych (według wielu wręcz dumpingowych) cen, nie tylko oszczędzasz pieniądze w portfelu, ale jeszcze wzmacniasz amerykańską, a więc i światową, gospodarkę. Problem polega jednak na tym, że koszty takiej decyzji są dużo większe, niż nam się z pozoru wydaje. Przynajmniej według Stacy Mitchell, autorki "Big Box Swindle", która analizuje wpływ wielkich przestrzeni handlowych na życie lokalnych społeczności i amerykańską ekonomię. Wtóruje jej Sarah Wexler, autorka wydanej właśnie książki "Living Large".
Obie panie wzięły pod lupę tzw. hipermarketową rewolucję ostatnich 20 lat, gdy w USA powierzchnia sklepowa na głowę mieszkańca zwiększyła się dwukrotnie, a średnia droga na zakupy pokonywana tygodniowo (oczywiście przy pomocy samochodu) przez statystyczną gospodynię domową skoczyła o 40 proc. Wyrok wynikający z tego badania jest miażdżący. Wszędzie tam, gdzie powstały nowe hipermarkety, bezrobocie idzie w górę (bankrutują mniejsze sklepy oraz dostawcy, bo np. Walmart sam produkuje 20 proc. swoich towarów). To nie koniec. Wzrasta także poziom zatrucia środowiska (większy ruch samochodowy). A to w połączeniu z wyciekami benzyny czy oleju przedostającymi się do wód gruntowych zwiększa poziom śmiertelności niemowląt. Według Wexler w takich rejonach znacząco zmniejsza się nawet frekwencja wyborcza, bo ludzie są zniechęceni znikającymi miejscami pracy czy bardziej zniszczoną przez wzmożony ruch infrastrukturą drogową. Część z tych wniosków można oczywiście uznać za przesadzone, trudno jednak po takiej lekturze podpisać się pod zdaniem "Co dobre dla Walmarta (lub innego hipermarketu), jest też dobre dla gospodarki".
Jeszcze bardziej na wyobraźnię działa sytuacja na amerykańskim rynku nieruchomości. Tu większy w ostatnich latach okazał nie tylko gorszy, ale wręcz fatalny. Od 1940 r. średnia liczba osób mieszkających w amerykańskim domu spadła z 3,7 do 2,6. W tym samym czasie statystyczne domy powiększyły się: o ile w czasach II wojny światowej statystyczny Amerykanin miał mieszkanie wielkości 87 metrów kwadratowych, o tyle przed kryzysem 2008 r. jego mieszkanie rozrosło się do 213 m2, czyli o 140 procent. Do tego pędu na wielkość dostosowali się sprzedawcy: podczas gdy w 1982 r. średnia wielkość nowo budowanych domów jednorodzinnych sięgała jeszcze 139 metrów kwadratowych, to w 2008 r. skoczyła do 195 metrów. A jak wyliczył Jonathan Clement z "Wall Street Journal", koszt tej różnicy opiewał na zaledwie 281 dol. wyższego miesięcznego kredytu. Trudno się więc dziwić, że tak wiele rodzin z klasy średniej zdecydowało się na większy dom, dokładając swoją cegiełkę do wybuchu kryzysu 2008 r., którego efekty światowa gospodarka odczuwa do dziś. Dowodem, że krach był bardziej dotkliwy tam, gdzie kupowano większe domy, jest np. hrabstwo Loudon County w Wirginii, najbogatszy pod względem dochodu na głowę mieszkańca region USA. Gdy w 2008 r. ruszyła lawina niespłacalnych kredytów, licytacja nieruchomości (tzw. fortclosure, która jest dla banku ostatnią deską ratunku, by odzyskać przynajmniej część niespłaconej wierzytelności) dotknęła tu jedno na 69 gospodarstw domowych. W tym samym czasie średnia dla całego kraju wynosiła 1 do 555.
Przykłady, dlaczego duże nie zawsze jest dobre, można mnożyć, wychodząc nawet poza gospodarkę. Sarah Wexler dowodzi na przykład, że zgubna jest nawet moda na powiększanie biustu. Dlaczego? Wśród kobiet, które wykonały taki zabieg, prawdopodobieństwo samobójstwa wzrasta aż czterokrotnie. Oczywiście nie jest tak, że zastrzyk silikonu popycha nieszczęśniczki do radykalnych kroków. Jednak korelacja dowodzi jednego: większe piersi jako sposób na poprawienie swojego życia najwyraźniej nie działają. Bo większy wcale nie znaczy lepszy.
@RY1@i02/2010/220/i02.2010.220.186.002c.001.jpg@RY2@
RAFAŁ WOŚ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu