Paryż wrze, Londyn godzi się na cięcia
Narodowe stereotypy nie wyjaśniają wszystkiego. Brytyjczycy mogą jeszcze pójść w ślady Francuzów
Czasami powiada się, że Francja fetuje swoje nieliczne zwycięstwa, a Wielka Brytania celebruje nieliczne porażki. Odmienność narodowej psyche może pomóc wytłumaczyć różnicę w stosunku opinii publicznej do programów oszczędnościowych wdrażanych po obu stronach kanału La Manche.
Propozycja Nicolasa Sarkozy’ego, by podnieść minimalny wiek emerytalny z 60 do 62 lat, wywołała masowe demonstracje w całej Francji, nawet wśród uczniów szkół średnich, których ta reforma nie dotknie wcześniej niż za kilkadziesiąt lat. Co więcej, protestujący chętnie zrobią na złość niepopularnemu Sarkozy’emu, który doszedł do władzy, obiecując, że będzie nagradzał przedsiębiorczość, ale obecnie jest przedstawiany jako marionetka wielkiego kapitału.
Z kolei w Wielkiej Brytanii, gdzie rząd Camerona przedstawił znacznie bardziej dotkliwe cięcia, w tym likwidację 490 tys. miejsc pracy w sektorze publicznym, obcięcie ministerialnych budżetów i podniesienie wieku emerytalnego z 65 do 66 lat, program wywołał flegmatyczną reakcję. Sondaż Ipsos Mori wykazał, że 59 proc. respondentów akceptuje potrzebę cięć.
Społeczne reakcje zdają się potwierdzać narodowe stereotypy. Brytyjczycy od dawna podejrzewali, że kraj markiza de Sade, chętny do zadawania bólu innym, jest niezdolny do zaaplikowania ciężkiej kuracji samemu sobie. Francuzi są równie zadziwieni brytyjskim masochizmem i gotowością do zaakceptowania odpowiedzialności, nawet jeżeli to nie oni są winni.
Narodowe stereotypy nie wyjaśniają wszystkiego. Fundamentalne wady demokracji prezydenckiej we Francji oznaczają, że opozycja pozbawiona znaczenia w słabym parlamencie wylega na ulice szybciej niż w innych krajach. Byłoby jednak błędem twierdzić, że Francja jest niezdolna do kompromisu. Wszystkie strony akceptują logikę reformy, ale sprawiedliwość społeczna musi zostać zachowana. Nowa koalicja Camerona, której słowem kluczem jest sprawiedliwość, wciąż korzysta z wątpliwości elektoratu. Brytyjski brak zaangażowania obywatelskiego oznacza, że masowe demonstracje pozostają odległą perspektywą. Ale wystarczy przypomnieć gwałtowne protesty przeciwko podatkowi pogłównemu Margaret Thatcher. Brytyjczycy jeszcze mogą w ślad za Francuzami podążyć ścieżką furii.
Logika podpowiada jednak, że prędzej czy później nawet rewolucyjni francuscy radykałowie zrozumieją niestabilność finansów publicznych, a zagorzali ideologowie torysów spokornieją w obliczu ludzkiej nędzy spowodowanej cięciami budżetowymi.
Tłum. TK
© The Financial Times Limited 2010. All Rights Reserved
John Thornhill
publicysta "Financial Times"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu