Nadciąga fala protekcjonizmu
Trzy lata po upadku Lehman Brothers brakuje skutecznej współpracy i globalnego przywództwa
Ten tydzień przebiega nie tylko pod znakiem dziesiątej rocznicy zamachów 11 września, ale również trzeciej rocznicy upadku Lehman Brothers. O ile jednak polityka nie jest już zdominowana przez wojnę z terrorem, to inny rodzaj terroru grasuje na rynkach finansowych.
Nastrój wśród finansistów jest najbardziej nerwowy od wybuchu kryzysu finansowego. George Soros ostrzegł, że problem Europy z zadłużeniem może być poważniejszy niż Lehman Brothers. Bankierzy w prywatnych rozmowach mówią to samo od miesięcy. Europejscy politycy też nie brzmią optymistycznie. Brakuje sygnałów świadczących o skutecznej międzynarodowej współpracy lub globalnym przywództwie. A bez tego realny staje się skręt w stronę protekcjonizmu i wojen walutowych.
O ile jednak nie brakuje polityków, którzy opisują bieżące zagrożenia, nie widać reakcji. Kontrastuje to z odpowiedzią na upadek Lehman Brothers. W 2009 r. przywódcy uzgodnili na szczycie grupy G20 skoordynowany bodziec stymulujący gospodarkę, który pomógł rynkom odzyskać równowagę. Równie ważne jest to, czego nie zrobili. Mocarstwa zobowiązały się powstrzymać od protekcjonizmu.
Porównajmy to z nastrojami panującymi dzisiaj. Zapał do współpracy osłabł. Liderzy polityczni pilnują własnego podwórka. Przywódcy UE miotają się od jednego szczytu do drugiego. Angela Merkel większość czasu spędza na łagodzeniu coraz gwałtowniejszej debaty wewnętrznej. David Cameron chce uniknąć płacenia rachunków za eurobałagan, więc woli przyglądać się z boku. Nicolas Sarkozy ma zamiar wykorzystać przywództwo w G20 do nadania impetu własnej kampanii o reelekcję. Prezydent Obama jest zajęty kłopotami samej Ameryki i zaangażowany w bijatykę z Republikanami. Rząd Chin jak zwykle zachowuje się egoistycznie.
Ponieważ międzynarodowa polityka dryfuje, pojawia się niebezpieczeństwo, że świat osuwa się w objęcia protekcjonizmu. W ubiegłym tygodniu Mitt Romney, polityk republikański, wezwał do nałożenia ceł na chińskie towary, jeżeli Pekin nie zgodzi się na uwolnienie kursu swojej waluty. Brazylia w ubiegłym tygodniu nałożyła cła antydumpingowe na rury stalowe z Chin.
To brazylijskiemu ministrowi finansów Guido Mantedze zawdzięczamy określenie "wojny walutowe". W ubiegłym tygodniu mieliśmy do czynienia z kolejną ich odsłoną, kiedy Szwajcaria zadecydowała, że nie pozwoli rynkom windować kursu franka szwajcarskiego.
Jeżeli inne kraje pójdą w ślady Brazylii i Szwajcarii, zasada wolnego przepływu kapitału na świecie zostanie osłabiona. Można sobie również wyobrazić scenariusz rozpadu strefy euro, który nie pociągnie za sobą przywrócenia kontroli kapitałowej.
Porównania historyczne nie są precyzyjne. Jednak politycy działaliby energiczniej, gdyby przypomnieli sobie historię lat 30. Wówczas to, co zaczęło się jako kryzys finansowy , przerodziło się w wielką depresję, kiedy doszły do tego fala protekcjonizmu i kryzys bankowy w Europie.
TŁum. TK
© The Financial Times Limited 2011. All Rights Reserved
Gideon Rachman
"Financial Times"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu