Sposób na kolesi
Ta branża kwitła i na korzyść wyróżniała się na tle innych, jakie dominowały w gospodarce tego kraju. No, może jeszcze można dodać do niej przemysł turystyczny. Ale w Grecji, bo to o niej przez chwilę będzie mowa, prawdziwą potęgą, i to na skalę światową, stali się armatorzy. "Wall Street Journal" opublikował kiedyś rozmowę z jednym z nich, człowiekiem, który szybko rozkręcił potężny biznes. "Dlaczego greccy armatorzy są tak mocni?" - zapytał dziennikarz WSJ. Odpowiedź była znacząca: "Bo do tej branży, jako jedynej, nigdy nie wtrącał się rząd".
Grecja to nie tylko rozdęty do granic przyzwoitości aparat urzędniczy, nie tylko setki zezwoleń, koncesji i innych ograniczeń narzucanych przedsiębiorcom. To także - o czym niedawno przypomniał Leszek Balcerowicz - gigantyczny udział polityki w biznesie, zwłaszcza tam, gdzie państwo ma jakąś cząstkę własności. Bez odpowiedniej legitymacji partyjnej nie było czego szukać w niektórych greckich firmach.
Brzmi znajomo, zwłaszcza po burzy, jaką rozpętały taśmy PSL. Nie twierdzę, że dzięki zapobiegliwości ludowców względem krewnych i znajomych nasza gospodarka skończy jak grecka, ale rodzaj wynaturzenia jest podobny. I ten rodzaj patologii generowanej przez dowolny rodzaj siły politycznej - bo PO również nie jest święta, podobnie jak PiS - należy zwalczać. Trzeba też twardo tropić przypadki łamania prawa, o ile takie mają miejsce. Słowem, ograniczać jak się da rozbuchany polityczny, i ten najzwyklejszy - rodzinny, nepotyzm. Śmieszą mnie jednak nawoływania do wyrwania zjawiska z korzeniami i całkowitego oczyszczenia życia publicznego z takiego rodzaju patologii. Nie żebym nie chciał. Tylko dlatego, że tego się zrobić po prostu nie da. I to co najmniej z pięciu powodów.
1. Prywatyzacja. To kompletny absurd, by taka firma jak Elewarr pozostawała w rękach państwa, i to pod kontrolą resortu rolnictwa. Nawet nie potrzeba było do tego PSL, żeby politycy twórczo wykorzystywali taką okazję. Prywatyzować trzeba, i to jak najwięcej, bo w prywatnym biznesie o nepotyzm i kumoterstwo znacznie trudniej. Musimy być jednak realistami - wszystkiego sprywatyzować się nie da, często zresztą z czysto politycznych powodów. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie posłów i ministrów, którzy w imię podnoszenia jakości życia publicznego decydują się na sprzedaż w prywatne ręce energetyki, kopalń albo co więcej sieci elektroenergetycznych i przesyłu gazu? Nie, są granice fantazjowania. Część firm w Polsce - oby jak najdrobniejsza - pozostanie we władaniu państwa. I pozostaną tam atrakcyjne posady.
2. Agencje, agendy, jednostki wdrażania itd. Nawet jeżeli sprywatyzujemy wszystko, co się da, łącznie z więzieniami, to przecież administracja publiczna jest obrośnięta agendami, agencjami i agencyjkami, nawet fundacjami. Część z nich dałoby się bez większego bólu po prostu zlikwidować i pewnie zrobić to warto. Ale nie można mieć złudzeń, część z nich pozostanie, część wręcz z nich jest potrzebna, chociażby dopóki będą płynąć do Polski pieniądze unijne. Znajdą się miejsca dla zaufanych specjalistów
3. Armia urzędników. Przyjmijmy, że nawet z tymi dodatkami do administracji publicznej udaje się zrobić porządek, to pozostaje sama administracja - prawie pół miliona ludzi. Przecież to kompletne złudzenie, że wśród tej armii nie będzie nepotyzmu, kolesiostwa i partyjnego klucza.
4. Mit upowszechnienia dobrych obyczajów. Świetna idea, w dodatku można ją wspomagać dwojako. Metodą miękką, czyli skala kompromitacji po wykryciu nadużycia staje się tak olbrzymia, że gra nie jest warta świeczki. I sposobem twardym, czyli dobrze skonstruowanymi restrykcjami prawnymi. W tym wszystkim może zastanawiać fakt, że z nepotyzmem i korupcją nie poradziły sobie kraje o znacznie wyższej kulturze politycznej niż nasza. Skala jest mniejsza, ale zjawisko istnieje.
5. Doświadczenia prywatnych firm. W nich oczywiście negatywne zjawiska istnieją. Ale jeden z szefów potężnej instytucji finansowej, całkowicie prywatnej, opowiadał mi o skutkach dosyć głośnego przypadku nepotyzmu, jaki wydarzył się przed paroma laty w jego firmie. Po ujawnieniu patologii nastąpiło samooczyszczenie, od tego czasu biuro audytu wewnętrznego nie wykryło żadnego, najdrobniejszego nawet szwindelka. A nie jest przecież żadną tajemnicą, że audyt wewnętrzny w prywatnych firmach z reguły ma co robić, bo nie jest tak, że do państwowego trafiają urodzeni przekręciarze, a do prywatnego - święci.
Nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że skoro tak wygląda natura ludzka, to należy pogodzić się z faworyzowaniem krewnych i znajomych oraz kombinowaniem, jak najbardziej wydoić firmę, w której się pracuje. Ale to okazja czyni złodzieja, tak jak sposób funkcjonowania Elewarru sprzyjał powstawaniu wynaturzeń. Zablokujmy więc możliwości uprawiania nepotyzmu i korupcji, a nie ogłaszajmy krucjaty przeciw panoszącemu się złu. Bo to ostatnie daje skutki w postaci bublowatej ustawy kominowej, a nie tworzenia systemu, który dusiłby patologie. Dusił, bo całkowicie wykorzenić ich się niestety nie da.
@RY1@i02/2012/145/i02.2012.145.18600120b.802.jpg@RY2@
Marcin Piasecki, wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Marcin Piasecki
wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu