Nie przywileje, ale ochrona wartości
Emocje po warszawskim referendum już dawno opadły, ale obietnice złożone podczas wrześniowo-październikowej kampanii pozostały w pamięci mieszkańców. Co prawda determinacja prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz w realizacji jednej ze sztandarowych zapowiedzi, czyli karty warszawiaka, jakby zelżała, ale prędzej czy później należy się spodziewać, że ta inicjatywa stanie się faktem. Wszak za rok koniec kadencji i kolejne wybory samorządowe. Poza tym opisywana karta ma zachęcić osoby tu mieszkające, ale niepłacące podatków, do zmiany decyzji i rozliczania się z fiskusem w Warszawie, co przełożyłoby się na zwiększenie dochodów miasta. Rada Warszawy już się zgodziła na funkcjonowanie karty, więc pozostaje tylko praktyczna realizacja zapisów uchwały.
Dodatkową trudnością mogą się okazać w tym przypadku zarzuty co do niekonstytucyjności takiej inicjatywy. Nie ma jednak żadnego oficjalnego wystąpienia w tej sprawie. Przeciwnicy faworyzowania stałych mieszkańców stolicy podnoszą, że uprzywilejowanie pewnej grupy obywateli naruszy zasadę równości zapisaną w ustawie zasadniczej. Innymi słowy, ich zdaniem ci, którzy nie płacą podatków w stolicy, ale dojeżdżają tu do pracy, będą dyskryminowani. Drożej bowiem zapłacą np. za bilety komunikacji miejskiej.
Moim zdaniem sprawa nie jest prosta. Zwłaszcza że kolejne samorządy też myślą o honorowaniu swoich mieszkańców i zarazem podatników. Konstytucja bowiem oprócz zasady równości głosi również, że jednostka samorządu terytorialnego w ramach zadań własnych zaspokaja potrzeby wspólnoty samorządowej. O konieczności realizacji potrzeb mieszkańców wspomina również ustawa z 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 594 z późn. zm.). Lokalne władze muszą więc zadbać chociażby o organizację transportu zbiorowego, budownictwo komunalne, edukację publiczną czy dostęp do kultury. Jakby tego było mało, w art. 23a ustawa formułuje tekst ślubowania, które muszą złożyć radni przed objęciem stanowiska. Bardzo mocno wybrzmiewa w nim dobro gminy i jej mieszkańców, którym powinni kierować się w swoich działaniach rajcowie. W takiej sytuacji uważam, że podejmując decyzję o powołaniu do życia inicjatyw typu karta warszawiaka, radni nie tylko zdobywają popularność, lecz także działają zgodnie z duchem przepisów. Tych samych, w których nie ma mowy o tym, że radnym na sercu powinna leżeć troska o przyjezdnych.
Takie rozumowanie wydaje się logiczne, bo Polska nie jest jednym wielkim samorządem. Po to podzielono kraj na ponad 2400 jednostek, by każda troszczyła się o potrzeby określonego terytorium i zamieszkujących go ludzi. Na miejscu przeciwników kart mieszkańców ostrożnie odnosiłbym się do konstytucyjnej zasady równości. Jeśli zniżki dla mieszkańców miałyby ją naruszać, to równie dobrze można by to samo powiedzieć o każdym przywileju. W końcu dlaczego singiel ma drożej płacić za wstęp na gminny basen niż członkowie rodziny wielodzietnej? Albo dlaczego jakaś gmina finansuje dodatkowe badania lekarskie seniorom, a nie wszystkim?
Otóż przywileje są po to, by chronić pewne wartości. Wspiera się rodziny z trójką i więcej dzieci, bo tworzą one kapitał społeczny na przyszłość. Analogicznie miejskie karty zapewniające rabaty dla mieszkańców mają promować postawę płacenia danin publicznych w miejscu rzeczywistego stałego pobytu. Żyjesz w tym mieście, korzystasz z jego infrastruktury, to partycypuj w jego utrzymaniu.
Poza tym dyskryminację rozumiem, jako celową próbę pogorszenia sytuacji określonej grupy społecznej. W przypadku kart mieszkańców coś takiego nie występuje, bo tu mamy raczej do czynienia z chęcią docenienia obywateli wiernych danej gminie, a nie uderzenia w kogoś.
@RY1@i02/2013/234/i02.2013.234.088000200.802.jpg@RY2@
Piotr Pieńkosz dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Piotr Pieńkosz
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu