Budujemy jeden system elektroenergetyczny, nie dwa
Transformacja energetyczna – jak każdy wielki proces gospodarczy – niesie ze sobą szanse i ryzyka. Stoimy dziś przed wyzwaniem zabezpieczenia systemu elektroenergetycznego przed blackoutem i wspierania elektryfikacji, by koszt energii elektrycznej był możliwie jak najniższy dla każdego odbiorcy. Receptą nie jest powrót do energetyki węglowej, ponieważ nie da nam ona ani bezpieczeństwa, ani niskich rachunków.
Wanda Buk w niedawnym tekście („Brakująca pozycja w rachunku za OZE”, DGP z 17 marca) stawia diagnozy, które zasługują na uwagę i poważną dyskusję. Jej główna teza brzmi: transformacja energetyczna to nie tylko tanie megawatogodziny z OZE, ale też ukryty i rosnący koszt utrzymania stabilności systemu – inercji, rezerw mocy i usług bilansujących. Elektrownie konwencjonalne dostarczają te funkcje jako „produkt uboczny”. Tymczasem w systemie z dużym udziałem OZE te parametry trzeba pozyskać w inny sposób. Konieczne jest więc uwzględnienie ich w modelu rynku i ich wycena.
Słuszna diagnoza, niepełny obraz
Doradczyni prezydenta ma rację, wskazując, że elektrownie węglowe i gazowe zapewniają naturalną regulację systemową. Konwencjonalne bloki nie dają jednak 100 proc. gwarancji odporności systemu. W 2015 r. Polska po raz pierwszy od lat 80. musiała sięgnąć po stopnie zasilania. Powodem nie był nadmiar OZE ani deficyt inercji – była nim fala upałów. Niski stan rzek zmusił konwencjonalne bloki do ograniczenia produkcji. Stary system, oparty wyłącznie na węglu, nie wytrzymał ekstremalnych warunków pogodowych.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.