Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Ci niebezpieczni Amerykanie

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 22 minuty

Od ponad stulecia powinno się w Europie odprawiać modły w intencji tego, by Stanami Zjednoczonymi kierowali dalekowzroczni przywódcy. Ilekroć bowiem za oceanem zaczynają się kłopoty, Stary Kontynent za to płaci

Trwający od początku października paraliż rządu w USA dotąd prezentował się dość groteskowo. Ponad 800 tys. pracowników administracji państwowej trafiło na przymusowe urlopy lub przestało otrzymywać wypłaty. Tymczasem w Kongresie demokraci i republikanie grają w kultową zabawę amerykańskich nastolatków, nazywaną "game of chicken". Pogardzanym "kurczakiem" zostaje ten, kto pierwszy ustąpi. Wszyscy zaś dobrze się bawią, jeśli obaj przeciwnicy do końca zachowają się bohatersko, efektownie ginąc, np. w pędzących na czołowe zderzenie samochodach. Jak na razie termin czołowego zderzenia został w ostatniej niemal chwili przesunięty dzięki porozumieniu osiągniętemu w Senacie na 7 lutego przyszłego roku. Jeśli jednak do tego czasu Kongres nie podejmie decyzji o radykalnym podniesieniu limitu zadłużenia, rządowi znów zacznie brakować środków na regulowanie co większych zobowiązań finansowych. A bankructwo Stanów Zjednoczonych może mieć trudne do przewidzenia konsekwencje, zwłaszcza że każdą amerykańską dolegliwość Europa przypłaca ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu.

Złoto i bawełna

Stary Świat po raz pierwszy dostrzegł, że odległe Stany Zjednoczone mogą wywierać wpływ na życie Europejczyków za sprawą stolarza Jamesa Marshalla. Rankiem 24 stycznia 1848 r. badał on kanał doprowadzający wodę do postawionego przez siebie tartaku nad rzekę Rio de los Americanos (obecnie American River), kiedy zobaczył żółte kamyki błyszczące na dnie. Wziął jeden do ręki i zaczął uważnie oglądać. "Następnie ściskałem go między dwoma kamieniami i stwierdziłem, że może być rozbity na inny kształt, ale nie złamany" - wspominał. Wtedy zrozumiał, iż odkrył samorodki złota. O znalezisku zawiadomił swojego pracodawcę Johna Suttona i wspólnie przystąpili do poszukiwania cennego kruszcu. Wieść o odkryciu złota rozniosła się bardzo szybko. Z leżącego nieopodal San Francisco na poszukiwanie skarbów wyruszyli niemal wszyscy zdolni do tego mieszkańcy, czyli ok. 600 ludzi. Wkrótce podobną decyzję podjęło ponad 300 tys. żądnych bogactw desperatów. Potrafili oni wydobyć w ciągu zaledwie pięciu lat 370 ton złota. Nagły wzrost ilości kruszcu na światowym rynku sprawił, że kredyty stały się łatwiej dostępnie, a banki obniżyły stopy procentowe. "Nastąpił niespotykany wcześniej rozwój spółek akcyjnych, co stało się skutecznym sposobem mobilizowania kapitałów" - zapisał Wojciech Morawski w książce "Kronika kryzysów gospodarczych". Kruszec z Ameryki rozkręcił koniunkturę w Europie i sprawił, że wzorem Wielkiej Brytanii coraz więcej państw zaczęło stabilizować kurs swojej waluty, opierając się na parytecie złota. System walutowy dawał poczucie stabilności, pozwalał na swobodne obroty handlowe i skutecznie chronił przed inflacją. Jednak wkrótce przekonano się, że wpływ Stanów Zjednoczonych na Stary Kontynent nie zawsze bywa pozytywny.

Gdy w 1861 r. wybuchła wojna secesyjna, unioniści z północy zablokowali porty konfederatów, odcinając przy tej okazji europejski przemysł od dostaw bawełny. Gwałtowny wzrost jej ceny doprowadził do masowych bankructw, a ich skala była na tyle duża, że zyskała sobie nazwę "głodu bawełny". Przetrwały go najsilniejsze firmy włókiennicze oraz ci, którzy znaleźli inne źródła surowca. Młody i obrotny łódzki biznesmen Izrael Poznański zbudował wówczas swoje imperium finansowe dzięki temu, że zainwestował kapitał w zakładanie plantacji bawełny na Zakaukaziu. Po wojnie, zakończonej zwycięstwem Unii, Stany Zjednoczone weszły w fazę nieprawdopodobnego wzrostu gospodarczego. Przez następne cztery dekady nie było na świecie szybciej rozwijającego się kraju. Gdy Wielka Brytania podwoiła swoją produkcję przemysłową, a Niemcy zwiększyły ją pięciokrotnie, w tym samym czasie wzrosła ona w USA dziewięciokrotnie. Już w pierwszej dekadzie XX w. USA wytwarzały tyle dóbr, co wszystkie kraje europejskie razem wzięte. W połączeniu z liberalizmem gospodarczym niemal w czystej postaci niosło to dla Europejczyków bardzo niepokojące konsekwencje. "Niesamowita potęga amerykańskiej gospodarki dała się odczuć jako coś w rodzaju naturalnego systemu burzowego, rozległego i nieprzewidywalnego, który bez żadnego widocznego powodu mógł rozpętać lodowe wichury lub gorące tajfuny na przestrzeni całego globu" - zauważał Charles R. Morris w książce opisującej narodziny największego z supermocarstw pt. "Giganci".

Giełdowi kowboje

Jak sprokurować taki kataklizm, zademonstrowali jesienią 1907 r. bracia Augustus i Otto Heinze do spółki z prezesem Knickerbocker Trust Comp. Charlesem W. Morseem. Zaplanowana przez nich giełdowa spekulacja polegała na pożyczeniu pod zastaw drobnym graczom dużej liczby akcji spółki wydobywającej miedź United Copper Comp., by ci mogli nimi obracać na Wall Street. Następnie zamierzali wywołać panikę i wykupić pożyczone akcje po niższej cenie, a potem jeszcze wyegzekwować dług od oszukanych inwestorów. O przekręcie dowiedział się jednak bajecznie bogaty John D. Rockefeller i zawczasu przygotował kontrakcję. Kiedy bracia kończyli swoją operację, multimilioner wystawił na sprzedaż ogromne ilości miedzi, co spowodowało gwałtowny spadek wartości akcji wszystkich spółek wydobywających ten surowiec. Tym posunięciem sprawił, że Heinzowie i Morse pozostali z nic niewartymi papierami United Copper Comp. Co gorsza na ich wykup przeznaczyli wcześniej kapitały ulokowane w 21 małych placówkach oraz potężnym banku inwestycyjnym Knickerbocker Trust, których to byli właścicielami. Wieść o przekręcie wywołała powszechną panikę, kto żyw próbował wypłacać z lokat oszczędności, podobne nastroje zapanowały na giełdzie. W ostatnim tygodniu października 1907 r. ceny akcji na Wall Street spadły o 40 proc.

Groźba upadku całego amerykańskiego systemu bankowego skłoniła do szybkich działań dwóch najbogatszych wówczas ludzi świata: J.P. Morgana oraz Johna D. Rockefellera, którzy ogłosili utworzenie funduszu ratunkowego, dostarczającego bankom kapitał tak długo, aż panika wygasła. Mimo to krach na Wall Street zapoczątkował w USA trwający trzy lata kryzys gospodarczy. Co i tak okazywało się niezbyt wysokim rachunkiem do zapłacenia, w porównaniu z kosztami, jakie ponieśli inni.

"Choć z brytyjską gospodarką wszystko było w jak najlepszym porządku (podobnie zresztą jak z amerykańską), z punktu widzenia Brytyjczyków siła skurczu była tak duża, że Bank of England musiał niemal czterokrotnie zwiększyć odsetki do bolesnego poziomu 7,5 proc." - opisuje Charles R. Morris. Gdzie indziej działo się dużo gorzej. Na berlińskiej giełdzie inwestorzy tracili wszystko z powodu paniki i wyprzedaży akcji, we Włoszech seryjnie upadały banki. Krach finansowy dotknął m.in. Egipt, Japonię, Brazylię i Chile. Kryzys gospodarczy w Turcji przyniósł rewolucję i detronizację sułtana Abdul-Hamida II.

W dłuższej perspektywie na całym zawirowaniu skorzystały głównie Stany Zjednoczone. Aby lepiej chronić system bankowy przed paniką obywateli i zapewnić stabilność walucie, Kongres w 1908 r. przyjął ustawę tworzącą System Rezerw Federalnych (Fed). Ten nietypowy bank centralny, złożony z sieci państwowych banków regionalnych, przez pierwsze lata dobrze spełniał wyznaczoną mu funkcję. Aż nadszedł czas giełdowego szaleństwa końca lat 20., kiedy nieustanny wzrost gospodarczy spowodował, iż ludzie zaczęli umieszczać oszczędności nie w bankach, lecz na giełdzie. Ceny akcji szły tylko w górę, a zyski okazywały się tak pokaźne, że latem 1928 r. wielcy inwestorzy zaprzestali lokowania kapitału w Europie, wybierając Wall Street. Podobnie czynili drobni ciułacze, zapożyczając się po to, by kupować więcej papierów wartościowych. Za oceanem trwała jeszcze hossa, gdy na Starym Kontynencie pojawiły się objawy jej konsekwencji. Zniknięcie inwestorów przyniosło latem 1929 r. spadek produkcji przemysłowej oraz wzrost liczby bankructw, ale nadal prawie nikt nie przeczuwał nadciągania katastrofy.

"A teraz, moja droga, muszę powiedzieć ci, że ostatnio w sprawach finansowych sprzyja mi olbrzymie i nadzwyczajne szczęście" - pisał w liście do żony pod koniec września 1929 r. Winston Churchill. Były kanclerz skarbu Wielkiej Brytanii po dymisji zainwestował wszystkie oszczędność na Wall Street. "I tak w ciągu kilku tygodni uzbieraliśmy niewielką fortunę" - donosił z radością małżonce, nie wiedząc, że w pierwszym półroczu 1929 r. amerykańskie biura maklerskie na zakup papierów wartościowych pożyczyły od banków 2,5 mld dol. Kredyty spłacały się same jedynie wówczas, gdy kursy akcji rosły. Oznaczało to konieczność pompowania gigantycznego balonu spekulacyjnego. Członkowie zarządu Rezerw Federalnych mieli wszelkie potrzebne informacje o sytuacji, ale zwlekali z podjęciem działań, uznając, iż ważniejsze jest podtrzymywanie wzrostu gospodarczego. "Gdyby Rezerwa Federalna podwyższyła swoje stopy procentowe i ograniczyła udzielanie pożyczek, banki obcięłyby mniej korzystne i znacznie mniej bezpieczne pożyczki dla swych bardziej przyziemnych klientów na zwykłe cele handlowe, mieszkaniowe, przemysłowe lub rolnicze" - opisuje w książce "Pieniądz. Pochodzenie i losy" świadek tamtych zdarzeń John Kenneth Galbraith. Kiedy w końcu zarząd Fed postanowił utrudnić dostęp do kredytów na spekulacje giełdowe, jego zamierzenia sparaliżował jeden z dyrektorów nowojorskiego Banku Rezerw Federalnych Charles E. Mitchell. Co nikogo nie zdziwiło, ponieważ dyrektor ów był jednocześnie prezesem ciągnącego krociowe zyski z maklerskich pożyczek National City Bank. Minął miesiąc i było za późno, by móc cokolwiek uratować.

W czarny czwartek 24 października 1929 r. Winston Churchill obserwował na Wall Street z galerii dla VIP-ów, jak ogarnięci paniką ludzie starali się sprzedać akcje, lecz nikt ich nie chciał kupować. Pod koniec dnia zastrzeliło się lub wyskoczyło z okien wieżowców jedenastu znanych biznesmenów. Potem podobne samobójstwa stały się codziennością. Churchill mężnie zniósł wiadomość, iż stracił wszystko, po czym wsiadł na statek płynący do Wielkiej Brytanii. Niegdyś wpływowy polityk musiał jak najszybciej znaleźć przynoszącą dochody pracę. Nim wrócił do Londynu, w USA upadło 600 banków, a ekonomiczny krach docierał do Europy.

Walutowi gangsterzy

"Jeśli Niemiec jest tak biedny, że nie stać go na piwo, to bliski jest rozpaczy" - opisywał zimą 1932 r. Herbert Knickerbocker na łamach "New York Evening Post". Redakcja wysłała dziennikarza w podróż samochodem po ogarniętej kryzysem Europie. W berlińskich piwiarniach zauważył on, że bywalców stać co najwyżej na jedno piwo. Na ulicach stolicy Niemiec widział głównie bezrobotnych. Dla Knickerbockera stawało się jasne, że wkrótce władzę przejmie Adolf Hitler, bo tylko on potrafił dawać ludziom jasne odpowiedzi, jak ratować państwo.

Wszędzie indziej na Starym Kontynencie działo się równie źle. Wielki Kryzys wpędził w nędzę dziesiątki milionów ludzi. Tymczasem amerykański rząd raz za razem fundował światu nowe wstrząsy. Po krachu na Wall Street prezydent Herbert Hoover zareagował bardzo szybko, obniżając podatki, rozpoczął walkę z procederem redukowania płac, jednocześnie finansując masowe roboty publiczne. Ale wprowadzając program ratunkowy, popełniono dwa kardynalne błędy.

"Ekonomiści reagują w sposób absolutnie niezawodny nie na bieżące wydarzenia, lecz na najbardziej uderzające wydarzenia z niedawnej przeszłości. W latach trzydziestych najsilniejszym takim przeżyciem dla ekonomistów, ekspertów finansowych, bankierów i polityków była inflacja" - tłumaczy John Kenneth Galbraith. Aby ratować system bankowy, Fed wpompował weń 300 mln dol. Kiedy sytuacja zaczęła się stabilizować, natychmiast zakręcono kurek z pieniędzmi, bojąc się nagłego wzrostu inflacji i co więcej, podniesiono stopy procentowe. Jednocześnie rząd USA wprowadził wysokie taryfy celne dla ochrony rodzimych producentów, ale kraje europejskie opowiedziały w odwecie tym samym. Tak ostatecznie zamordowano nadzieję na szybki koniec kryzysu. Nowa jego fala w 1932 r. okazała się jeszcze potworniejsza, gdyż rozpadł się amerykański system bankowy i ponad 1,3 tys. instytucji finansowych upadło. Niedługo potem to samo zaczęło dziać się z bankami w Europie. Gazety z pewną satysfakcją donosiły, że szef niegdyś potężnego banku Kreditanstalt baron Louis Rothschild po bankructwie musiał wyprowadzić się ze swego pałacu w Wiedniu przy Prinz Eugen Strasse i zamieszkać kątem u brata Afonsa Rothschilda. Upadały też całe miasta.

"Doszło przecież do tego, że np. prezydent Lublina nosił zasoby kasowe miasta przy sobie w obawie zajęcia ich przez komornika, a miastu Płock groziła po prostu niewypłacalność" - zanotował w dzienniku zastępca naczelnego dyrektora Banku Gospodarstwa Krajowego Wacław Konderski. Jakby nie dość było nieszczęść, kolejny prezydent USA Franklin D. Roosevelt uznał, że najlepszym sposobem na podniesienie amerykańskiej gospodarki z gruzów będzie gwałtowna dewaluacja waluty. Zaraz po objęciu stanowiska w kwietniu 1933 r. przeforsował w Kongresie ustawy zawieszające powiązanie dolara ze złotem i dające jednocześnie prezydentowi możność osobistego ustalania rynkowej wartości kruszcu. Potem Roosevelt przez siedem miesięcy systematycznie ogłaszał obniżki ceny złota, by na koniec roku przywrócić jego parytet do dolara. Tym sposobem zdewaluował amerykańską walutę o 69 proc. Produkowane przez przemysł USA towary radykalnie staniały, co zmusiło inne kraje do adekwatnych posunięć. Wybuch światowej wojny walutowej pogłębił tylko kryzys, a ten dawał wprost nieograniczone możliwości działania krwawym tyranom takim jak Adolf Hitler czy Józef Stalin i prawdziwa wojna światowa stawała się coraz bardziej nieuchronna.

Zbawcy i burzyciele

Trzeba przyznać, że Amerykanie potrafili poniewczasie wyciągać wnioski z własnych błędów. Podczas II wojny światowej sekretarz stanu USA Cordell Hull wraz ze sławnym angielskim ekonomistą Johnem M. Keynesem przygotowali dla świata projekt nowego ładu ekonomicznego. Latem 1944 r. do Bretton Woods przybyły delegacje z 44 państw, aby zaakceptować utworzenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i przyjąć zasadę, iż każdy członek MFW godzi się na ograniczanie suwerenności własnego pieniądza. Podstawową walutą w międzynarodowym obrocie stał się dolar oparty na parytecie złota, zaś inne waluty zostały z nim ściśle związane.

Stabilizacja na międzynarodowym rynku walut przyniosła krajom wysoko rozwiniętym szybki wzrost gospodarczy, trwający nieprzerwanie aż do lat 70. Z USA na cały świat płynął strumień dolarów traktowanych jako główny, obok złota, środek płatniczy, w którym deponowano także rezerwy finansowe. Również Waszyngton mógł sobie pozwolić na sporą rozrzutność, ponieważ niezależnie, ile wypuszczono dolarów do obiegu, i tak wszystkie znikały.

Ten ekonomiczny raj zburzyła wojna wietnamska, kiedy z powodu gwałtownego wzrostu wydatków na zbrojenia zaczęła w USA rosnąć inflacja. Co gorsza, europejskie banki, firmy oraz rządy rozpoczęły sukcesywną wymianę dolarów na złoto. Kruszec dosłownie odpływał z USA, a jego zapasy posiadane przez Fed się kurczyły. Rezerwa Federalna wprowadziła więc obostrzenia w obrocie złotem, ale walka o utrzymanie parytetu w wysokości 35 dol. za uncję kruszcu kosztowała coraz więcej. Trzeba było wznowić wyprzedaż złota z Fortu Knox, by obniżać jego ceny na światowym rynku.

Latem 1971 r. prezydent Richard Nixon postanowił zademonstrować obywatelom, iż interes ojczyzny jest dla niego ważniejszy od tego, jak się miewa światowa gospodarka. W sierpniu zawiesił wymienialność dolara na złoto, a w grudniu 1971 r. zdewaluował amerykańską walutę. Fundamenty systemu z Bretton Woods rozsypały się jak domek z kart i kraje członkowskie MFW musiały przejść na system płynnych kursów walutowych. W czasach gospodarczej koniunktury nie groziło to niczym strasznym, ale wystarczył krach naftowy w 1973 r., żeby światową gospodarkę ogarnęła recesja. "Kryzys energetyczny lat siedemdziesiątych, będący efektem upadku systemu z Bretton Woods, okazał się niemożliwy do przezwyciężenia tradycyjnymi, keynesowskimi metodami. Dlatego nastąpił zwrot monetarystyczny w polityce gospodarczej" - opisuje Wojciech Morawski. Ekonomiczna szkoła chicagowska, której ideowym przywódcą był prof. Milton Friedman, triumfowała.

Dwie dekady później świat do góry nogami wywrócił swoją konsekwentną polityką jej gorący zwolennik, przewodniczący Rady Gubernatorów Fed Alan Greenspan. Bardzo długo uznawany za najlepszego szefa Rezerw Federalnych w historii. Greenspan dbał o utrzymywanie stóp procentowych na rekordowo niskim poziomie, aby podtrzymywać wzrost gospodarczy w USA. Jednocześnie zezwolił bankom na angażowanie się w coraz bardziej ryzykowne operacje, jak np. handel ubezpieczeniami pożyczek hipotecznych dla klientów o niskich dochodach, chroniąc przed rządowym nadzorem rynki finansowe. Powstały tak balon spekulacyjny pękł w 2008 r., a upadek całego sektora nieruchomości zainicjował falę bankructw banków inwestycyjnych na Wall Street i światowy kryzys.

"Z perspektywy czasu widzę, że istnienie bańki było jasne w pierwszej połowie 2006 r. Nie przewidywałem znaczącego spadku cen domów, bo nigdy nie mieliśmy znaczącego spadku cen na tym rynku" - zeznał w październiku 2008 r. Greenspan przed powołaną przez Kongres komisją ds. zbadania przyczyn kryzysu finansowego. "Popełniłem błąd, zakładając, że banki same są w stanie zadbać o własne interesy, by chronić swoje zasoby i majątek akcjonariuszy" - dodawał. Choć na swoje usprawiedliwienie miał to, że aby sfinansować działania wojenne w Afganistanie i Iraku, Stany Zjednoczone musiały za wszelką cenę podtrzymywać wzrost gospodarczy. Konsekwencje tego Europa odczuwa do dziś. I, co gorsza, nadal pozostaje jej tylko modlitwa o to, by tym razem Amerykanie zachowali się rozsądnie.

Ekonomiści reagują w sposób absolutnie niezawodny nie na bieżące wydarzenia, lecz na najbardziej uderzające wydarzenia z niedawnej przeszłości

@RY1@i02/2013/203/i02.2013.203.000002000.803.jpg@RY2@

Kevin Lamarque/Reuters/Forum

Alan Greenspan, długo uznawany za najlepszego szefa Fed w historii, nie przewidział krachu 2008 r.

Andrzej Krajewski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.