Inwigiliacja. Czy to się opłaca?
Z litości nie podam nazwiska nowego wiceprezesa jednego z naszych banków. Menedżer ów popełnił rzecz nieprzystojną: udzielił wywiadu, w którym przyznał, że jego biznesowym marzeniem byłoby wyciśnięcie maksymalnych zysków z baz danych o klientach, które posiada jego instytucja. I to nie tylko na użytek banku, lecz także innych podmiotów.
Bank mógłby sprzedać dane klientów firmom ubezpieczeniowym - wie przecież sporo o ich majątku, stylu życia i wydatkach. Dla ubezpieczyciela ta wiedza ponoć byłaby cenna przy szacowaniu ryzyka związanego z konkretnym klientem. Bankowiec marzy również, by jego bazą zainteresowały się firmy headhunterskie. Idzie jeszcze dalej - dobrze byłoby, gdyby jego firma pośledziła trochę klientów np. na Facebooku, by dane stały się jeszcze pełniejsze.
Bankowiec popełnił grubą niezręczność - ale to sprawa jego i jego firmy. Natomiast warto odnieść się do meritum, które na pierwszy rzut oka pachnie inwigilacją. Jasne, że nie chodzi o inwigilację przez służby trzyliterowe, tylko przez instytucje komercyjne, które rzekomo już teraz wiedzą o nas bardzo dużo, a chcą jeszcze więcej. Brzmi to jak horror, bo wystarczy byle karta kredytowa lub komórka i już nas mają: bank może szczegółowo śledzić nasze wydatki, a operator komórki w zasadzie każdy nasz krok.
Groza. Tylko że warto przyjrzeć się, co z tej złowieszczej rzeczywistości wynika. Zastanawiająco niewiele. W przypadku mojej skromnej osoby cała ta inwigilacja przez wielki biznes sprowadza się do telefonu z banku raz w miesiącu z propozycją rozłożenia zadłużenia na karcie na raty. Od kilku lat odpowiadam, że nie, czego najwyraźniej supernowoczesne systemy bankowe nie potrafią zarejestrować. Poza tym kilka e-maili miesięcznie, dwie czy trzy ulotki w skrzynce pocztowej i od czasu do czasu SMS-y ze sztampowymi ofertami. Tyle jest w stanie wydusić biznes z tego, że zaistniałem w jakichś bazach danych. Podobnie w przypadku rodziny i znajomych.
Dziwne. Czy tego chcemy, czy nie, najróżniejsze firmy wiedzą o nas sporo i kompletnie nie potrafią tego wykorzystać. Być może jest to pochodna ogólnego problemu sektora usług w Polsce. A nazywa się on brak prawdziwego, indywidualnego podejścia do klienta i brak ofert rzeczywiście szytych na miarę. Mnóstwo firm jest wręcz przepełnionych frazesami o ofercie "specjalnie dla ciebie", co przy bliższym zbadaniu zawsze okazuje się nieprawdą.
Dlatego zwierzenia bankowca potraktowałbym z dużym dystansem. Nawet jeśli jego bank ma ambicje i możliwości odgrywania roli Wielkiego Brata, to nie łudźmy się, że sektor usług będzie w stanie przetworzyć tę lawinę danych. Dlaczego niby miałby nastąpić gigantyczny inwigilacyjny skok? To wymaga olbrzymich zmian w sposobie działania samych firm i poniesienia olbrzymich kosztów. Dlatego też obstawiałbym, że jeszcze przez długie lata totalna inwigilacja będzie się kończyć na telefonach, SMS-ach, e-mailach czy ulotkach z ofertami, nad którymi nie pochyli się pies z kulawą nogą. Strach ma wielkie oczy. Przynajmniej na razie.
@RY1@i02/2013/038/i02.2013.038.00000280d.101.jpg@RY2@
Marcin Piasecki wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Marcin Piasecki
wydawca Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu