Kocha, lubi, sympatyzuje
Co za dzień. Przejechałem psa na pasach, właścicielka we łzach. To był pies przewodnik! Potem ktoś mi wjechał w tył na światłach - zderzak do wymiany, reflektory pobite. Minutę później - mandat za brak świateł. A chciałem tylko podjechać do przychodni po wyniki. W końcu dojechałem, no i masz - cukrzyca". "Ha! Fajowo! Ekstra! Lubię to!".
Głupi dialog, prawda? Rozmówca A dzieli się nieszczęściem, a rozmówca B wykazuje się niespotykanym brakiem konwersacyjnej finezji i wrażliwości. Coraz więcej ludzi jednak w podobnych wymianach zdań uczestniczy - oczywiście pod warunkiem, że sprzedali duszę Lewiatanowi społecznych interakcji o imieniu Facebook. Bo na Facebooku, jak wiadomo, można coś zignorować, można skomentować (co wymaga pewnej inwestycji energetycznej, na którą nie zawsze jesteśmy gotowi) albo właśnie, co czynimy najczęściej, polubić (klikając na przycisk "Lubię to").
O ile jednak "lubienie" wydaje się sensowną reakcją na zdjęcie kota w kieliszku, o tyle lubienie historii o wypadku psa przewodnika jest dosyć idiotyczne. Tu raczej "sympatyzujemy" - ale takiego przycisku Facebook nie oferuje. A co, jeśli kot w kieliszku właśnie nam się nie podoba, bo rzeczy włochate i naczynia nie powinny się do siebie zbliżać, albo uważamy, że to kicz, estetyczna degrengolada, dręczenie zwierząt i marnacja okazji do napicia się wina? Wtedy chcielibyśmy po prostu "nie lubić", ale w tym interfejs Facebooka też nam nie może pomóc, bo guzika "Nie lubię" również nie ma w repertuarze.
Kilka dni temu Mark Zuckerberg po raz kolejny tłumaczył, dlaczego nie chce nam pozwolić na nielubienie. Jego pogląd na sprawę można streścić tak: świat jest już pełen nienawiści, jeżeli nie masz nic dobrego do powiedzenia, to zatrzaśnij dziób, Facebook poprzez budowanie sprzyjającego środowiska chce promować komunikację, a nie hejting, jeśli już musisz nienawidzić, to przynajmniej wytłumacz się w komentarzu itp., itd. Być może Zuck zaproponuje nam kiedyś inny przycisk, tak przynajmniej sugeruje, ale na pewno nie będzie się nazywał "Nie lubię!", ewentualnie "Współczuję" albo "Rozumiem twój ból, kolego" (słowami Zucka: "Musimy wykombinować sposób [na zrobienie nowego guzika], który sprawi, że będzie on służył dobru, a nie złu i nie upokarzał"). To pozwoli na adekwatną odpowiedź na historię o cukrzycy, ale nadal skutecznie zablokuje nasz jad względem zakieliszkowanego kota.
Użytkownicy jednak lubią współczuć, a wręcz kochają nie lubić. Najbardziej nie możemy się doczekać, żeby nie lubić postów chwalipięt piszących o skutecznych dietach i osiągnięciach biegaczo-siłowniowych. Grupy na Facebooku lobbują więc za, ludzie ślą listy do firmy, powstają wtyczki do przeglądarek korygujące repertuar dostępnych przycisków. Argument jest tu głównie taki, że "Nie lubię" rozszerzyłoby możliwe rodzaje ekspresji i znormalizowałoby krytykę (dziś wymagającą komentatorskiego zaangażowania), tym samym czyniąc Facebooka lepszą kopią świata interakcji w jego wersji au naturel. Inni nie tyle krytykują filozofię miłości Zuckerberga, co twierdzą, że chłop nas robi w balona - nielubienie byłoby szkodliwe dla reklamodawców, bo nie po to firma płaci pieniądze, żeby pokazać produkt na Fejsie, żeby potem ludzie klikali, że fatalny.
Sprawa przycisku "Nie lubię" jest o wiele ciekawsza, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka, spina bowiem w sobie całą masę istotnych kwestii. Po pierwsze pokazuje, że środki wyrazu dostępne w danym środowisku (czy to rzeczywistym, czy wirtualnym) faktycznie mocno wpływają na klimat komunikacji - skoro ludzie się burzą, że nie mogą nie lubić, to znaczy, że brak rzeczonego guzika faktycznie blokuje im wyrażanie złych emocji do poziomu dyskomfortu (i to mimo tego, że mogą przecież szkalować koty w komentarzach). Tak więc szczera czy nie, filozofia miłości Zuckerberga jakoś tam działa: daj ludziom ciut szersze ujście na pozytyw niż na negatyw i masz dużą zmianę w klimacie środowiska (co by nie mówić, wrzucanie rzeczy na Facebooka jest o wiele mniej przerażające niż postowanie na np. Reddicie - stronie, na której nielubienie jest cechą strukturalną zarządzającego algorytmu).
Po drugie, cóż za znak czasów: coraz mocniej dopominamy się o "prawdziwość" czy "realność" wirtualnej komunikacji, która z gruntu powinna być przecież zaakceptowana jako sztuczna. A po trzecie, waga, jaką nadaje się debacie o przycisk (piszą o niej wszyscy, od blogów technologicznych przez antropologów, po media takie jak "Time" czy "The New York Times"), pokazuje, że Facebook naprawdę został uznany za godny ekwiwalent życia społecznego. Globalne polis, wirtualna Agora, rudy strażnik reguł z Palo Alto. Tylko Sokratesa nie wpuszczają, bo to malkontent i krytykant.
@RY1@i02/2014/246/i02.2014.246.00000190a.802.jpg@RY2@
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu