Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Skazani na skansen

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty

Przyrodę chronić musimy. Nie tylko dlatego, że ostre reżimy narzuca Unia Europejska. Równowaga jest potrzebna po to, żeby nie tylko zwierzętom czy roślinom, lecz także ludziom żyło się dobrze. Chodzi właśnie o tę równowagę. Tymczasem chroniąc gatunki, siedliska czy trasy przelotów ptaków pod dyktando Unii Europejskiej i rodzimych urzędników, gdzieś tę równowagę zgubiliśmy. Błąd pojawił chyba na samym początku, jeszcze przed ustanowieniem obszarów Natura 2000. Ustalano je zbyt szybko, nie prowadząc pogłębionych badań, a opierając się na zgłoszeniach różnych organizacji, które czasem bardziej chciały okazać się ważne czy załatwiały swoje partykularne interesy, niż prowadziły rzetelne badania. Jeśli wójt Starych Bogaczowic mówi, że u niego obszar naturowy ma chronić bociana czarnego, ale od lat nikt na tym terenie go nie widział, to coś może jest na rzeczy. Wydaje mi się, że po kilku latach warto by sprawdzić, czy wszystkie chronione obszary służą temu, czemu miały, i skorygować ich zasięgi. Być może nie zawsze zmniejszyć. Może w niektórych miejscach rozszerzyć. Mam też wrażenie, że na niektóre zjawiska nasi przyrodnicy odpowiedzialni za równowagę w środowisku reagują za późno. Albo wcale tego nie robią. Od lat słyszę, że ekspansywne, obce gatunki drzew trzeba wyłączyć z obowiązku uzyskiwania zezwolenia na wycinkę. I co? I nic się w przepisach nie zmienia. Tylko podmiejskie okolice miast coraz bardziej zarastają klonami jesionolistnymi, akacjami, jak mówią prawidłowo - robiniami, czy czeremchą amerykańską. Te sprowadzone przed laty gatunki rosną szybciej i są bardziej ekspansywne od rodzimych sosen, dębów, a nawet brzóz porastających podobne siedliska. Jednak nie można się ich bez problemu pozbyć. A procedura uzyskiwania zgody na wycinkę wymaga czasu i dobrej woli urzędnika. Bo mało kto wierzy, że pozwoli on usunąć drzewo ot tak sobie. A ponieważ kara za wycięcie grubszego klonu może iść w dziesiątki, a może i setki tysięcy złotych, mało kto zdecyduje się zrobić to na dziko.

Podobnie zaczyna się dziać ze zwierzętami. Pod przychylnym, unijnym okiem bobry rozmnożyły się tak bardzo, że zaczynają przynosić więcej szkody niż pożytku. Podobnie z bałtyckimi fokami. Radość sprzed paru lat, że udało się przywrócić ginący gatunek, zmienia się w prawdziwy problem dla rybaków i dla wczasowiczów. Coraz większy kłopot sprawiają dziki i wilki. Wzrost populacji zwierząt, zwłaszcza tych, które jeszcze przed paroma dziesiątkami lat były uznawane za szkodniki, trzeba monitorować. I pilnować, żeby nie rozmnażały się nadmiernie.

Mitem okazuje się też stawianie w chronionych terenach wyłącznie na turystykę. W praktyce zarabia na tym niewielka grupa osób. Enigmatyczna pomoc finansowa, którą na swoim blogu zapowiadał minister Maciej Grabowski, o ile w ogóle się pojawi, też nie uzdrowi sytuacji.

Warto się zastanowić, czy wprowadzone ograniczenia nie są nadmierne. Czy procedury otwierania działalności w takich miejscach nie są zbyt trudne. Bo dzikiego puszczańskiego skansenu z 30 proc. trzydziestokilkumilionowego kraju i tak nie zrobimy.

A emigracja kolejnych milionów osób za granicę w poszukiwaniu bardziej sprzyjającego człowiekowi siedliska nie wyjdzie naszemu krajowi na dobre.

@RY1@i02/2014/151/i02.2014.151.088000100.802.jpg@RY2@

Zofia Jóźwiak redaktor prowadząca

Zofia Jóźwiak

redaktor prowadząca

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.