Obszary zaniechania
Obszar oddziaływania obiektu. To określenie spędza sen z powiek niejednemu inwestorowi i urzędnikowi. Im większe bowiem oddziaływanie obiektu, tym dłużej może trwać uzyskiwanie pozwolenia budowlanego i tym większe prawdopodobieństwo, że inwestycja zostanie oprotestowana.
Inwestorowi zależy więc, żeby ten obszar zawęzić. Oczywiście zakres obszaru będzie zależał od konkretnej inwestycji. Przy domu jednorodzinnym położonym na dużej działce ten obszar może się zmieścić w jej granicach. Jednak przy małej parceli pewnie urząd będzie musiał zawiadomić sąsiadów. Większą grupę osób trzeba będzie zapewne poinformować przy stawianiu obiektu pod warsztat mechaniki samochodowej, nie mówiąc już o zakładzie przerobu odpadów czy farmie wiatrowej. Biorąc pod uwagę dziesiątki ustaw (a ich katalog nie jest zamknięty), urzędnik stoi przed bardzo trudnym zadaniem. Prawidłowe wyznaczenie takiego obszaru powinno bowiem niekiedy zostać poprzedzone analizami i zająć specjalistom przynajmniej kilka tygodni. Kto w niewielkim i niedoinwestowanym starostwie ma na to czas i pieniądze? Przy niewysokich pensjach urzędników tego szczebla powstaje też niekiedy pokusa załatwienia sprawy, jak to się dawniej mówiło, pod stołem.
Dlatego, na co wskazują liczne wyroki sądów, stosowanie przepisu o obszarze oddziaływania obiektu dalekie jest od doskonałości. Zainteresowany sąsiad dowiaduje się o inwestycji wtedy, kiedy już stoją mury. I zaczyna protestować. Przyjeżdżają prasa, telewizja, pracę ma kilka sądowych instancji, a niechęć do władz i inwestora z latami narasta.
A przecież można by inaczej. O tym, gdzie mają stanąć budynki niskie, a gdzie wysokie, gdzie oczyszczalnia, a na którym wzgórzu wiatrak, powinno się przesądzać w planie zagospodarowania przestrzennego. Wtedy jest czas na merytoryczne analizy i konsultacje społeczne. To przy planie powinna pracować (niestety nie zawsze tak jest) grupa ekspertów z różnych dziedzin. Tyle tylko, że jak mówią urbaniści, "plany się u nas nie przyjęły" i inwestycje lepiej idą tam, gdzie ich nie ma.
Inwestorzy dobrze o tym wiedzą. Wybierają tanie, nieobciążone planem parcele i na nich inwestują. To, że często kosztem biedniejszych czy mniej zaradnych sąsiadów, nikogo praktycznie nie interesuje. Powstaje bałagan przestrzenny, który może doprowadzić do tego, że za parę lat nigdzie niczego w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem nie da się postawić. Mimo to nie liczę na rychłe wdrożenie dobrego kodeksu urbanistyczno-budowlanego, radykalnie zmieniającego regulacje. Przypuszczam, że nawet gdy zostanie wprowadzony, to kolejna nowelizacja przepisów niewiele zmieni. Żeby do tego doszło, potrzebne są zmiany w mentalności: urzędników, którzy powinni działać w interesie ogółu mieszkańców, inwestorów, którzy w bilansie powinni uwzględniać nie tylko cenę gruntu, lecz także korzyści i straty społeczne, wreszcie mieszkańców, którzy powinni wiedzieć, że czasem ich prywatny interes musi ustąpić społecznemu. Oczywiście za odpowiednim odszkodowaniem.
Szybko do tego nie dojdzie, bo w mętnej wodzie dobrze biorą ryby. I wciąż mam wrażenie, że właśnie o to chodzi.
@RY1@i02/2014/136/i02.2014.136.088000100.802.jpg@RY2@
Zofia Jóźwiak redaktor prowadząca
Zofia Jóźwiak
redaktor prowadząca
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu