Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Bezzębne buldogi

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Afera podsłuchowa wywołała skrajne reakcje. Obrońcy rządu twierdzą, że to "atak na polską rację stanu". Jego przeciwnicy widzą w taśmach dowód na "rozkład polskiego państwa". Ale mylą się i jedni, i drudzy. Bo dramatycznie przeceniają znaczenie polityków w demokratycznym państwie

Publikacja taśm działaniem na szkodę polskiej racji stanu? To chyba jakiś żart! A jakaż poważna szkoda społeczna tu nastąpiła? Że opinia publiczna dowiedziała się, jak rozmawiają ze sobą minister spraw wewnętrznych i szef banku centralnego? Albo co jedzą (na koszt podatnika) szef dyplomacji i były wicepremier, plotkując sobie o tym i o owym? I to ma być zagrożenie interesów państwa? Litości. Oczywiście, że przy okazji dowiadujemy się, jak to szef banku centralnego, który powinien być niezależnym strażnikiem stabilności finansowej, snuje plany "objeżdżania" konstytucyjnego organu, jakim jest Rada Polityki Pieniężnej. I że wdaje się w rozważania, jak tu zaszkodzić opozycji. Tylko czy to faktycznie polskie państwo się tutaj skompromitowało? Nie! Skompromitował się szef NBP Marek Belka. I to on powinien się tłumaczyć.

Podobnie jest z innymi uczestnikami nagrań. To oni mają problem. Nie polskie państwo. Bo Sienkiewicz, Belka czy Sikorski są tylko sługami tego państwa. Ale oni sami państwem nie są. Można jeszcze od biedy zrozumieć, że sami bohaterowie tych nagrań wolą odwracać kota ogonem. I zamiast otwarcie przyznać, że się ośmieszyli, uciekają za mityczną "rację stanu". Ale że kupuje to część wolnych mediów, to już jest dziwaczne. Pojawiają się wręcz argumenty, że zawiodły służby, które powinny chronić polityków przed takimi "wpadkami". Bzdura! Gdyby iść tym tokiem rozumowania, to niedługo się okaże, że jak wpływowy polityk postanowi skorzystać z usług prostytutki i ktoś go nagra, a potem zacznie szantażować, to obowiązkiem służb specjalnych będzie zatarcie śladów. Bez przesady. Służby powinny zapewnić ministrowi bezpieczeństwo - to jasne. Ale to polityk musi pilnować tego, co, gdzie i komu mówi. To elementarna odpowiedzialność za swoje własne czyny, która obowiązuje każdego dorosłego człowieka. Niezależnie od sprawowanej funkcji. Tyle na temat samej afery taśmowej, która jest kompromitacją kilku osób z najwyższych kręgów władzy, ale nie jest kompromitacją państwa jako takiego. Tylko że duża część polskiej opinii publicznej widzi to inaczej. Dlaczego? Chyba dlatego, że mimo 25-letniej przygody z demokracją dominuje u nas jakieś dziwacznie rozumienie polityki i polityków.

Sny o potędze

Na pierwszy rzut oka ludzi sprawujących funkcje publiczne rażąco się w tym kraju nie docenia, oskarżając ich o najgorsze rzeczy pod słońcem. Na dodatek hurtowo i bez żadnego umiaru. O to, że nieuczciwi, zakłamani i głupi. Ale to tylko pozory, które kryją za sobą zjawisko dokładnie odwrotne. To znaczy przekonanie, że polityk (zwłaszcza ten będący aktualnie przy władzy) to postać niezwykle potężna. Widać to dobrze choćby w badaniach prowadzonych od końca lat 80. przez socjologa Henryka Domańskiego, czołowego badacza polskiej stratyfikacji społecznej. Domański pyta w nich zawsze respondentów o dwie rzeczy. Ile ich zdaniem zarabia przedstawiciel danej grupy zawodowej i ile zarabiać powinien. Przedstawiciele elity niezmiennie zawsze lądują w tym zestawieniu na miejscu drugim. Zaraz za wielkimi rekinami biznesu (Domański używa kategorii "właściciel fabryki"), a przed prawnikami, elitą menedżerską czy lekarzami. W rzeczywistej hierarchii zarobków polska elita polityczna (poseł dostaje ok. 9 tys. zł brutto, a minister ponad 12 tys. brutto) znajduje się jednak znacznie niżej, ale ludzie są święcie przekonani, że jest inaczej.

Oczywiście zarobki to nie wszystko, bo sprawowanie najwyższych urzędów w państwie daje podobno rozległe wpływy. I pewnie tak jest. Każdy minister ma pod sobą sporej wielkości administracyjne machiny. Co otwiera mu drogę do zupełnie legalnego obsadzenia wielu kluczowych stanowisk. Od posad ambasadorów po kierownicze funkcje w takich instytucjach jak Bank Gospodarstwa Krajowego. Do tego dochodzą nieformalne kanały nacisku i perswazji. Wyżsi rangą urzędnicy wiedzą doskonale, jak to działa. Dzwoni polityk, umawia się na rozmowę i w jej trakcie mówi na przykład, że ma tu takiego bardzo zdolnego człowieka, któremu warto by było dać szansę. Albo że w gronie podwładnych jest "taki znakomity fachowiec", co oczywiście znaczy: "Nie waż się go ruszyć, bo to mój kolega". Niby wiele. Ale w sumie czy taki polityk jest w stanie załatwić znacznie więcej niż wysoki rangą menedżer w dużym koncernie prywatnym? Pewnie menedżer może nawet więcej, bo taki nepotyzm będzie mógł nazwać networkingiem i nikomu (poza przełożonymi) nic do tego. A polityk? Musi liczyć się z dużo gęstszą siatką wzajemnych zależności i drżeć, że jak to wyjdzie na jaw, będzie miał medialną hecę. Tak jak kilka lat temu Radosław Sikorski, który zatrudnił w swoim gabinecie politycznym córkę swojego kolegi z rządu... Jacka Rostowskiego. Nie chodzi tu o usprawiedliwianie kogokolwiek, tylko o prostą konstatację, że politycy są w praktyce dużo mniej suwerenni, niż nam się wydaje. I mniej potężni, niż sami chcieliby o sobie myśleć.

Odnosimy takie wrażenie, wsłuchując się w taśmy opublikowane przez "Wprost". Bo co tam się dzieje? Jest dużo obiecywania, zawieranie układów i name-droppingu (czyli powoływania się w trakcie rozmowy - niby przypadkiem - na dobre stosunki z tym albo z tamtym). Ale jeśli to wszystko wziąć pod lupę, to na koniec zostanie z tego bardzo niewiele. Sikorski obiecuje Rostowskiemu jedynkę w wyborach do europarlamentu w Warszawie, ale obietnicy - jak wiemy - nie spełnia. Andrzej Parafianowicz zapewnia Sławomira Nowaka, że zrobi coś w sprawie kontroli skarbowej jego żony, ale w rzeczywistości niewiele się dzieje. Bartłomiej Sienkiewicz z kolei sam przyznaje, że rządowi nie bardzo wychodzi szumnie obiecywany w drugim expose premiera wielki plan polskich inwestycji rozwojowych. A on sam nie bardzo sobie radzi z reformą podległych mu służb. Tylko Marek Belka wygląda na potężnego, bo na taśmach mówi, że trzeba zastąpić Rostowskiego na stanowisku ministra finansów kimś słabszym i bardziej ugodowym. Ale czy późniejsze odejście Rostowskiego jest faktycznym pokłosiem interwencji szefa Banku Centralnego? Za taką wersją wydarzeń przemawia bardzo niewiele. Choćby to, że po odejściu z rządu nawet sam Rostowski nie wyglądał nigdy na podstępnie wysadzonego z siodła. Odwrotnie. Zachowywał się wręcz jak dziecko, które wreszcie doczekało się wakacji.

Tego jednak opinia publiczna nie chce wychwycić. Woli poruszać się w logice wielkich, wszechpotężnych graczy, którzy zostali złapani za rękę na niecnych czynach. Lub odwrotnie. Bić na alarm, że oto ktoś ośmielił się pokazać, jak potężni toczą te swoje rozmowy na tematy wagi państwowej. Tylko czy to właśnie nie jest kolejny przejaw przeceniania polityków i nadawania ich słowom oraz czynom wagi znacznie większej, niż one naprawdę mają?

Dwie narracje

Problem nie jest nowy. Mówimy tu o zjawisku, którego korzenie sięgają gdzieś do początków transformacji, a może i głębiej. W 1989 r. Polacy byli spragnieni wielu rzeczy i gdy je dostali, to się nimi zachłysnęli, a prowadzone w sposób otwarty życie polityczne właśnie do nich należało. Trudno się temu zresztą dziwić. W PRL-u polityka była dziedziną ekskluzywną, a wejścia do niej strzegło wiele barier i filtrów. To samo dotyczyło informacji z politycznej kuchni, które przedostawały się do opinii publicznej. Efekt był więc taki, że oficjalna wizyta delegacji rządowej z Kambodży była głównym tematem półgodzinnego "Dziennika Telewizyjnego". A zainteresowani życiem publicznym ćwiczyli się w typowych sowietologicznych analizach budujących scenariusze przyszłych wydarzeń na podstawie tego, kto stał w jakiej odległości od pierwszego sekretarza. Niewiedza mnożyła spekulacje i rozpalała wyobraźnię. Z dzisiejszej perspektywy dość zabawnym doświadczeniem jest więc lektura takich źródeł jak choćby "Dzienniki" Stefana Kisielewskego. Ten wybitny skądinąd publicysta próbuje z "Trybuny Ludu" wyczytać, czy Moczar zyskuje przewagę nad Gomułką i co na to wszystko Gierek albo Olszowski. Przypomina to jednak bardziej wróżenie z fusów niż rzeczową analizę problemów państwa.

Kiedy więc padła komuna i pojawiła się demokracja, Polacy stanęli nie tylko przed problemem, jak właściwie robić politykę, lecz także jak o niej w sensowny sposób opowiadać. Gazety i telewizje nie mogły przecież zamienić się w sejmowe czy rządowe biuletyny. Musiały ten ocean informacji płynący z parlamentu, URM-u i partii jakoś sortować, a potem ubierać w czytelne narracje. W zasadzie dość szybko ukształtowały się dwa dominujące sposoby opowiadania o tym, co robi władza. Jedna opowieść stawiała na personalia, inna - rzekomo bardziej merytoryczna - na reformy.

Zacznijmy od tej pierwszej. Tak na dobrą sprawę nie była ona niczym innym, jak zaadaptowaniem do nowych czasów starej PRL-owskiej sowietologii, a więc przekonania, że pod dywanem gryzą się potężne buldogi, i od tego, kto kogo zagryzie, zależy los nas wszystkich. Tak rozumiane dziennikarstwo polityczne zdominowało na długie lata polską debatę publiczną. I dominuje w niej do dziś. Niedawno czytałem w "Tygodniku Powszechnym" tekst cenionego reportera śledczego. Dotyczył Ludwika Dorna. Zaczynał się od przypomnienia, jak to Dorn (kiedyś przecież zwany "trzecim bliźniakiem") pokłócił się z Jarosławem Kaczyńskim. Potem próbował zbudować PiS-owi konkurencję, a teraz widywany jest u prezydenta Komorowskiego. I może coś z tego będzie. Ani słowa o tym, co nas, obywateli i czytelników, tak właściwie to wszystko obchodzi. Jakie to ma znaczenie dla kogokolwiek prócz samego Ludwika Dorna i garstki jego politycznych sojuszników czy adwersarzy. Ani słowa o tym, co dziś Dorn sobą właściwie reprezentuje. Czy jest zwolennikiem tego, czy może tamtego. W tym rozumieniu polityka to czysta walka o władzę dla samej władzy. Nic więcej.

Bardzo wyrazistym (można by nawet powiedzieć genialnym) przykładem takiego pojmowania polityki jest "Historia III RP" (jak dotąd ukazały się dwie części obejmujące lata 1989-2005) Roberta Krasowskiego, byłego redaktora naczelnego "Dziennika", a obecnie cenionego publicysty i wydawcy książek politycznych. Oczywiście czyta się to świetnie, bo u Krasowskiego polska polityka ostatniego ćwierćwiecza została sprowadzona do starcia wielkich osobowości. Pojawiające się tu postacie polityków są jakby odpowiednikiem greckich bogów albo przynajmniej herosów. Owszem, nieraz mają sporo za uszami, ale jednocześnie w każdym z nich siedzi sporo nadludzkich mocy. W pierwszym tomie "Po południu" obejmującym okres solidarnościowy tym gigantem jest Lech Wałęsa. Jedyny solidarnościowy polityk z prawdziwego zdarzenia, który miał pomysł na silne polskie państwo. Niestety nie zdołał pokonać oporu partii i partyjek. W "Czasie gniewu" (wydanej właśnie drugiej części, która pokazuje rozkwit i upadek imperium SLD) osią jest z kolei batalia o panowanie na postkomunistycznej lewicy, którą toczą ze sobą Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller. A w drugim planie widać dramatyczne szarże próbujących rozbić system buntowników: Leszka Balcerowicza, Jerzego Hausnera i Andrzeja Leppera. Czytając Krasowskiego, można zadać sobie pytanie, co by było, gdyby zamiast analizowania polskiej polityki ostatniego ćwierćwiecza autor miał zastąpić... Jana Matejkę w malowaniu "Bitwy pod Grunwaldem". Wydaje mi się, że pewnie poszedłby dużo dalej niż mistrz z Krakowa. Na pierwszym planie mielibyśmy Jagiełłę i Jungingena, a w ich tle byłyby tylko jakieś niewyraźne bohomazy, pozbawione większego wpływu na przebieg wielkiej bitwy. Bo to wielkie postacie rozstrzygają wszystko między sobą, a gawiedź patrzy w niebo na spadający stamtąd gwiezdny pył.

Tym gwiezdnym pyłem są mityczne reformy. Czyli wielkie projekty, za pomocą których politycy chcą uleczać polskie państwo i z których produkcji są potem przez wyborców rozliczani. Terapia szokowa, prywatyzacja, drugi plan Balcerowicza, cztery wielkie reformy Buzka, plan Hausnera. W opowieści nastawionej na reformy personalia faktycznie schodzą na dalszy plan. Tu liczą się wielkie obozy. Obóz odważnych reformatorów, którzy chcą kraj zmieniać, oraz wiecznie wczorajszych hamulcowych nierozumiejących, że Polska musi szybko nadrabiać cywilizacyjne zaległości. Ta opowieść jest z pozoru bardzo merytoryczna, ale tylko z pozoru, bo tu treść reform nie ma większego znaczenia. Nieważne, że są one niedopracowane (emerytalna), a niektóre wręcz zbędne (administracyjna) czy bardzo kontrowersyjne (plan Hausnera, reforma podatkowa Zyty Gilowskiej). W myśl tej narracji potężna elita władzy reformować musi, by uzasadniać rację swojego przebywania na szczycie. I wystarczy tylko odpowiednia polityczna determinacja, by z tego bezkształtnego ciasta, jakim jest Polska, wielcy gracze ulepili lepsze jutro.

Najciekawsze jest tło

Problem w tym, że rzeczywistość z żadnym z tych opisów nie chciała mieć zbyt wiele wspólnego. Przede wszystkim dlatego, że w demokracji pojedynczy politycy nie są postaciami pierwszoplanowymi. Nie są, bo być... nie mogą. W końcu cały system demokratyczny został pomyślany właśnie tak, by jeden organ nie pozwalał innemu za bardzo się rozpędzić. Parlament miał kontrolować premiera, media parlament, sądy media, prezydent sądy. I tak dalej. Do tego dochodziły jeszcze działające zupełnie legalnie grupy nacisku. Takie jak związki zawodowe, organizacje pracodawców, lobby finansowe, organizacje konsumenckie czy partie polityczne. Oraz ograniczenia zewnętrzne. Choćby przepisy Unii Europejskiej. I właśnie dlatego jest tego wszystkiego tak dużo, żeby nikt nigdy nie zmonopolizował wszystkich obszarów państwa. Żeby zawsze były jakieś przyczółki ożywczego wiarołomstwa. NIK, jakaś krytyczna gazeta albo niechcący się nagiąć do żądań premiera bank centralny. W Polsce ostatnich 25 lat zawsze mieliśmy do czynienia z taką właśnie sytuacją, ale zamiast się z tego cieszyć, zawsze się tym martwiliśmy. Dlaczego? Bo dominująca opowieść o wielkich i potężnych politykach do tej instytucjonalnej rzeczywistości po prostu nie pasuje. Ona wręcz nie pozwala "wielkim graczom" rozwinąć skrzydeł. To one sprawiła, że wszyscy herosi (od Wałęsy przez Millera po Kaczyńskiego, a teraz może i Tuska) kończyli jakoś tak nieestetycznie. Rozbici, pokonani, z rozgrzebanymi planami i niespełnionymi ambicjami, a opinia publiczna mylnie brała to za słabość polskiej demokracji, podczas gdy to była (jest) tej demokracji siła.

Podobnie było z nieuchwalonymi reformami. W narracji "polityków jako wielkich ludzi" upadek czy zablokowanie ambitnej reformy zawsze opisywano jako dowód, jak bardzo polskie państwo jest słabe. Nieważne, czy było to fiasko balcerowiczowskich reform podatkowych za czasów gabinetu Buzka (weto prezydenta Kwaśniewskiego), czy też rozmycie przez parlament planu Hausnera (w końcowej fazie rządów SLD stał za nim już tylko rząd mniejszościowy). Hołdujący narracji heroicznej zawsze przedstawiali te porażki rządzących jako zwycięstwo okopanych grup interesu i niezdolność do myślenia długofalowego. Tymczasem jeśli sprowadzić polityków na ziemię i przestać uważać ich za nieomylnych, to zaraz się okaże, że nie ma reform obiektywnie dobrych. Każda generuje zwycięzców, ale i przegranych. Każda ma jakieś skutki uboczne. I dlatego ważniejszy od efektu jest sam proces uchwalania. Czasem lepsze skutki może przynieść reforma okrojona, często wbrew intencjom samego inicjatora, ale dzięki temu uwzględniająca interesy wszystkich, którym ma służyć. W takim modelu politycy to tylko politycy. A więc normalni ludzie powołani nie do wielkich dziejowych zadań, lecz do tego, by słuchać tych, którzy ich wybrali. Tacy unormalnieni politycy nie powinni pouczać z wyżyn swojej nieomylności, że reforma jest dobra, tylko jeśli boli, albo że musi przypominać rozwiązania stosowane w cywilizowanych krajach. Na tym też polega demokracja. I ja takich polityków wolę.

Jest jeszcze coś, co w opowieści o wszechpotężnych graczach się nie zgadza. To ignorowanie przez nią potęgi mądrości zbiorowej. Państwa, społeczeństwa, wyborców albo nawet partii politycznej. Według opowieści o politykach herosach te wszystkie zbiorowości są jak bezwolna i nieco tępawa panna, a polityk jak jakiś karykaturalny macho zdobywca, który ją sobie bierze, nie pytając o zdanie, i nie mówiąc, dokąd ją prowadzi. Taka strategia polityków budziła zawsze poklask mediów. Tymczasem w faktycznej demokratycznej codzienności powinno być przecież dokładnie odwrotnie. To zbiorowości podpowiadają politykowi, co powinien właściwie robić. Państwo wysyła mu sygnały poprzez kanały administracyjne, partie trzymają rękę na pulsie i przekazują (a przynajmniej powinny) do centrum to, co mówią jej wyborcy oraz partyjne doły. I nie ma w tym nic złego, a polityk, który umie takie sygnały odbierać, wcale nie jest mięczakiem. Właśnie tak to powinno wyglądać. Mądrość organizacji jest większa niż nawet najzdolniejszy (ale pojedynczy) decydent, bo decydenci przychodzą i odchodzą, a państwo i społeczeństwo zostają.

Dlatego też mylą się ci, którzy na wszystkie kłopoty z polską klasą polityczną odpowiadają: a nie mówiliśmy? I dowodzą, że potrzeba nam mniej państwa, bo jak polityk będzie miał pod sobą mniej obszarów życia publicznego, to ich nie popsuje. Ta recepta znów jest, niestety, drogą na manowce. Przypomina słynne wezwanie Lecha Wałęsy: "Zbij pan termometr, a nie będziesz pan miał gorączki". Ponieważ mniej państwa oznacza, że obywatele będą wiedzieli mniej. Bo sektor prywatny kontrolować dużo trudniej niż władzę publiczną. I nikomu lepiej od tego nie będzie.

Jeśli mamy więc wyciągać jakieś wnioski z najnowszej afery podsłuchowej (i wszystkich kolejnych afer z udziałem polityków, które na pewno jeszcze nadejdą), to powinien on brzmieć tak: Nie przeceniajmy ludzi władzy. Oni są takim samym elementem demokracji jak każdy inny. Demokracja się bez nich nie obejdzie, to fakt. Ale ona się również na nich nie kończy. Może takie postawienie sprawy spowoduje też, że wreszcie wrócimy na ziemię. Zdejmiemy polityków z piedestału i skroimy ich trochę bardziej na miarę, której będą mogli w końcu sprostać. Co pomoże chyba i im, i nam. Trochę jak w tym hinduskim przysłowiu opowiedzianym na taśmach przez podchmielonego Radosława Sikorskiego. "Jeśli polityk nie może być lwem, to jeszcze nie oznacza, że musi być komarem".

Według opowieści o politykach herosach wszystkie zbiorowości są jak bezwolna i nieco tępawa panna, a polityk jak jakiś karykaturalny macho zdobywca, który ją sobie bierze, nie pytając o zdanie

Rafał Woś

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.