Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Nie ma czegoś takiego jak darmowe przeprosiny

29 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 1 minutę

obserwacje

Czasem każdy musi przeprosić. A od tego, jak to zrobi, zależy, czy oparta na zaufaniu relacja będzie się dalej układać. Nieważne, czy w życiu prywatnym, biznesie, czy w Radzie Polityki Pieniężnej.

W tym kontekście warto więc przynajmniej rzucić okiem na wnioski, do jakich doszedł Ben Ho, młody ekonomista z podnowojorskiego Vassar College. Ho zainteresował się ekonomicznym wymiarem przeprosin kilka lat temu, badając skutki prowadzonej w niektórych stanach USA polityki nakłaniania lekarzy, by przepraszali ofiary swoich zawodowych błędów. Z danych zgromadzonych przez Ho wynikało, że faktycznie takie przeprosiny zmniejszają liczbę spraw zakładanych szpitalom przez poszkodowanych. Wszyscy jednak wiemy doskonale, że przeprosiny to sprawa zbyt delikatna, by dało się je tak po prostu zadekretować. I że w rzeczywistości liczy się nie to, czy miały faktycznie miejsce, lecz przede wszystkim, w jakich okolicznościach się odbyły. Ben Ho postanowił więc wykonać eksperyment, w którym sprawdzi skuteczność różnych form publicznego wyrażania żalu.

"Przepraszam. To nie była moja wina". Bo "takie były okoliczności" albo "taki już jestem". To forma kajania się zdecydowanie najgorsza. Najgorsza, bo najłatwiejsza. Wygłaszający takie przeprosiny tak naprawdę nie przeprasza. I tylko mu się wydaje, że sprawę załatwił. Bo zaufanie nie wraca. Jeśli ktoś przeprasza w ten sposób, to ze swoim vis-a-vis wielu interesów już raczej nie zrobi.

"Jest mi przykro z powodu tego, co się stało" jest już lepszym pomysłem. Ale - uwaga - tylko na samym początku relacji. Gdy strony znają się bardzo słabo i nie wiedzą, czego się po sobie nawzajem spodziewać. Takie ograniczone przeprosiny wysyłają wprawdzie sygnał, że lekcja została zrozumiana. Ale nie ma się co łudzić. Są absolutnym minimum.

"Przepraszam. To się więcej nie powtórzy" jest trochę mocniejsze. Ale to wciąż raczej rozwiązanie dla tych, którzy kooperują ze sobą po raz pierwszy. I tak wyrażony żal przyniesie pewnie wybaczenie za pierwsze złamanie zaufania. Ale w drugim kroku to tylko rozsierdzi pokrzywdzonego.

"Przepraszam. Jestem idiotą". Tu wreszcie zaczynają się przeprosiny cięższego kalibru. Zwłaszcza gdy są wygłoszone publicznie. Kajający się nie tylko bowiem rzuca na szalę słowa, ale i nadwątla swoją reputację. I chodzi nie tylko o to, że wypowiadając formułkę, sam przed sobą przestaje czuć się tak bardzo w porządku. Widzą to również inni. I istnieje poważne ryzyko, że wyciągną z tego negatywne konsekwencje. Ben Ho przypomina tu badania, które pokazały, że prezydent Bill Clinton, tłumacząc się w ten właśnie sposób ze skandalu z Moniką Lewinsky, został przez Amerykanów uznany za równego gościa. Ale jednocześnie znacząco spadła ocena jego politycznych kompetencji. Choć przecież z merytorycznego punktu widzenia nic szczególnego się nie wydarzyło.

"Przepraszam. Przyniosłem kwiaty". Im droższe, tym lepsze. To zdecydowanie najlepsze z możliwych przeprosin. Bo dobrowolne zaoferowanie czegoś w zamian jest bardzo czytelnym znakiem. Symbolem kosztu, który został przez przepraszającego faktycznie poniesiony. I to jest właśnie puenta tych ekonomicznych rozważań o przeprosinach. Tym, co tworzy przeprosiny, jest koszt. Im więcej kajanie kosztuje, tym lepiej. Bo nie ma czegoś takiego jak darmowe przeprosiny. Lunche bywają darmowe. Przeprosiny nigdy.

@RY1@i02/2014/123/i02.2014.123.00000020a.803.jpg@RY2@

Rafał Woś dziennikarz DGP

Rafał Woś

dziennikarz DGP

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.