Gmoch, Szpakowski i... Kahneman
Pamiętają państwo Daniela Kahnemana? Jedynego psychologa nagrodzonego (w 2002 r.) ekonomicznym Noblem oraz autora książki "Pułapki myślenia. O myśleniu wolnym i szybkim". A co, gdyby jego teorie zastosować do oceny pracy komentatorów piłkarskich w czasie mundialu?
Na taki pomysł wpadł brytyjski ekonomista Chris Dillow, który na blogu stworzył listę pułapek myślenia, w które wpadają futbolowe gadające głowy. Otwiera ją efekt pewności wstecznej (hindsight bias). Działa tak: prawdopodobieństwo tego, co się wydarzyło, oceniamy zazwyczaj jako coś zupełnie przewidywalnego i w sumie mało zaskakującego. Oczywiście już po fakcie. Trochę według zasady "wiedziałem, że tak będzie". Na przykład gdy Messi strzela niecelnie, komentator mówi, że przecież mógł podać do lepiej ustawionego kolegi. Albo gdy pada gol, łatwo powiedzieć, że linia obrony była źle ustawiona. Patrząc wstecz, wszystko wydaje się oczywiste. Ekstremalny przykład tej pułapki myślowej widziałem kiedyś dzień po przegranym meczu polskiej reprezentacji, gdy dwóch grubasków przy obiedzie analizowało, jak to Lewandowskiemu i Błaszczykowskiemu nie chciało się wczoraj wykrzesać z siebie ducha walki. I nic dziwnego, że przegrali.
Kolejny częsty w futbolu błąd poznawczy to, zdaniem Dillowa, efekt wyniku (outcome bias). Czyli to, że bardzo trudno oddzielić nam ocenę jakiejś sytuacji od jej ostatecznego rezultatu. Dobrym przykładem może być największy jak dotąd hit mundialu - mecz mistrzów świata Hiszpanów z wicemistrzami Holendrami, zakończony wysokim zwycięstwem Pomarańczowych. Mieliśmy więc zaraz oceny w stylu "głodni sukcesu Oranje pokonali sytych i znudzonych Las Rojas". Które mają jednak niewiele wspólnego z prawdą. Bo gdyby nie pech Hiszpanów (dwa błędy Casillasa plus jeden sędziego), ten mecz mógł się równie dobrze skończyć remisem. I też byłoby sprawiedliwie.
Komentatorzy mają też skłonność do obwieszczania, że jakiś zawodnik jest w świetnej formie i że gra "jak w transie". Psychologowie nazywają to zjawisko "hot hand fallacy". Ta "gorąca ręka" wzięła się nie z futbolu, lecz ze slangu koszykarskiego. I z istniejącego faktycznie (wśród trenerów i zawodników) przeświadczenia, że ten, komu udał się rzut, ma większe szanse na kolejne trafienie. Kiedy jednak (w 1985 r.) psychologowie Thomas Gilovich i Amos Tversky przeorali statystyki meczów NBA, szybko doszli do wniosku, że prawo gorącej ręki nie ma żadnego oparcia w faktach. W piłce jest trochę inaczej, bo tu na trafienie pracować trzeba dużo żmudniej. I w futbolu nie ma jednak zawodników, którym na boisku wychodzi wszystko. I dlatego im bardziej komentator zachwyca się formą jakiegoś gracza, tym częściej nawiedza go tzw. klątwa sprawozdawcy: jak tylko kogoś pochwali, to temu sportowcowi zaraz przytrafia się kompromitujący kiks. Jak na złość. Tymczasem to żelazne reguły prawdopodobieństwa mszczą się na komentatorze mitomanie.
A na koniec jeszcze drobna rada. Niech państwo uważają na tych ekspertów, którzy wygłaszają zbyt kategoryczne oceny tego, co właśnie zobaczyliśmy na boisku. Bo prawdopodobnie jest to wynik ich.... niekompetencji. I odwrotnie. Ci, którzy relatywizują swoją nieomylność, rozumieją więcej. To efekt Krugera-Dunninga, oparty w zasadzie na dość banalnej prawdzie, że "głupi nie wie, że jest głupi. A mądry wie, że wie tak... niewiele".
Kiedy więc zasiądą państwo do następnego meczu, niech państwo ocenią, w jakie pułapki wpadają Dariusz Szpakowski, Jacek Laskowski, Jacek Gmoch czy Radosław Majdan. Tylko nie bądźcie zbyt surowi. Pamiętajcie, że wy też w takie same pułapki wpadacie. Kto nie wierzy, niech poczyta Kahnemana. Oczywiście w przerwie między transmisjami z Brazylii.
@RY1@i02/2014/118/i02.2014.118.00000020h.802.jpg@RY2@
Rafał Woś dziennikarz DGP
Rafał Woś
dziennikarz DGP
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu