Test Bechdel i niesprawiedliwa maszyna
W Hollywood szeroko znany jest tak zwany test Bechdel, używany przez producentów do przesiewu scenariuszy. Sprawdzian zaproponowany przez Alison Bechdel, amerykańską autorkę komiksów, jest prosty. Przyjmuje się mianowicie, że film na siebie nie zarobi, jeśli: (1) występują w nim co najmniej dwie postacie kobiece (z imionami), (2) które rozmawiają ze sobą, (3) o czymś innym niż o mężczyznach.
Innymi słowy, w fabryce snów zakłada się, że jedna kobieta scenę zdobi, ale postaw obok niej drugą i akcja siada jak w polskim filmie. Apele o parytet na ekranie pozostają bez odpowiedzi. Tylko 13 proc. produkcji z 2013 r. miało co najmniej tyle samo ważnych postaci kobiecych co męskich. "Mówiące" bohaterki w tym samym roku to tylko niecałe 30 proc., przy czym co trzecia z nich musiała swoje kwestie wygłaszać w negliżu.
Dlaczego tak jest? Powody są różne (mizoginia producentów, normy kultury określające, co jest wartą opowiedzenia historią, zachowawczy konserwatyzm branży, gdzie wysokie są zarówno koszty, jak i ryzyko). Najczęściej w branżowych dyskusjach pojawia się jednak argument antyregulacyjny. Jeśli niewidzialna ręka rynku chętniej płaci za "Kac Vegas" niż za "Druhny", to przecież nie można jej łapać za nadgarstek i mówić "A fe!". "Flip i Flap" zarobi więcej niż "Rózia i Zuzia", a "Głupi i głupszy" więcej niż "Matka i babka" - takie są fakty. Widocznie historie o panach są lepsze niż te o paniach. A kobiece bohaterki nie mają tego je ne sais quoi, które sprawia, że dłoń zastyga w pół drogi między ustami a kubełkiem popcornu.
Podobny argument pojawia się prawie zawsze, gdy mowa o jakichkolwiek sztucznych działaniach, które mają za zadanie włączyć mniejszość do jakiegoś mainstreamu. Nie ma filmów o kobietach? Pewnie byłyby nudne. Parytety dla kobiet w zarządach spółek? Jeśli kobiety byłyby wystarczająco dobre, niewidzialna ręka HR sama by je tam już dawno wsadziła. Więcej czarnych studentów na uniwersytet? Gdyby chcieli się uczyć, to już dawno by tam byli. Przez taką argumentację przeziera wiara w to, że świat jest dobrze naoliwioną maszyną, która działa według zasad sensu i merytokracji, nagradza mądrych, pogrąża nudnych, i nie należy jej przeszkadzać. Ci, którzy nie akceptują wyników działań tej maszyny, występują wbrew naturalnemu porządkowi.
Jestem przekonana, że ten sposób argumentacji nie jest dobry, zwłaszcza w kwestiach społeczno-ekonomicznych. Maszyna dobrze nie działa, bywa niesprawiedliwa i wyrzuca na margines tych, którzy na to nie zasługują. Ale zaczęłam od filmu, bo na tym przykładzie łatwiej pokazać, dlaczego taki argument jest zły. Wszyscy bowiem zdajemy sobie sprawę z tego, że film nie jest zwykłym produktem; jest też zarazem elementem tworzącym tę kulturę, która rządzi potem jego odbiorem. Spoczywa na nim nie tylko ciężar zarabiania przez zabawianie, lecz także odpowiedzialność za kreowanie wzorców. Film pokazuje możliwe formy życia i przez to dostarcza paliwa dla wolności, rozszerza i zamyka horyzonty, daje i odbiera nadzieje. Jaśniej mówiąc, jeżeli w filmach zawsze widziałam, że blondyn jest miły, a brunet wredny, to potem film, w którym jest odwrotnie, będzie mi zgrzytał - i tak to, w prosty sposób, historia produktu odbije się na popycie. Nie lubimy kobiet w filmach, bo ich tam nie ma, a nie dlatego, że ich tam nie lubimy. Trzy tuziny Katniss Everdeen (dla tych, którzy nie wiedzą - Katniss to bohaterka "Igrzysk śmierci", dziewczyna z łukiem, która zabija chłopców na arenie, a potem staje na czele rewolucji) skutecznie by nas z tej chwiejnej preferencji wyleczyły, chociaż pierwsze z nich pewnie borykałyby się trochę z niechęcią publiki.
W przypadku filmu łatwo sobie wyobrazić, że zmiana ekranowego status quo może w końcu wpłynąć na zmianę preferencji, a przez to na szerszą zmianę kulturowych wzorców, które dotychczas każą nam kochać tylko historie o facetach. Ale biznes, uniwersytet, polityka też mają kulturotwórcze moce. I regulacje na rzecz mniejszości też mogą tu zmieniać normy. Czasem wystarczy na siłę wsadzić gdzieś kobietę, żeby inni zaczęli się oswajać z pomysłem, głosować na kobiety, ufać im w pracy. Czasem wystarczy przyjąć grupę Afroamerykanów na Harvard, żeby inni pomyśleli sobie, że warto się uczyć, bo oni też mogą zostać prezydentami. Zacząć oliwić tę maszynę.
@RY1@i02/2014/061/i02.2014.061.000002300.802.jpg@RY2@
WOJTEK GÓRSKI
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu