Karma córy Indii
Traf moralny, moralny fuks, ślepy los moralny to dla filozofa wciąż twardy orzech do zgryzienia. No bo jak może być tak, że dwoje ludzi robi to samo, z taką samą intencją, w pogodę mniej więcej taką samą i z takim samym wyczuciem stylu, i jeden kończy jako bohater, a drugi jako łajdak? Jeden (jak pisał Thomas Nagel) ratuje dziecko z płonącego budynku i stawiają mu pomnik. Drugi też ratuje, stara się nawet bardziej, ale potyka się i upuszcza dzieciaka — i zamiast bohatera mamy winowajcę. Jak może być tak, że obaj chcieli dobrze, ale jednego los karze, a drugiego nagradza? Traf działa wszędzie i bez wytchnienia: jeden się uśmiecha i uśmiechają się do niego, inny się uśmiecha i dostaje w mordę. Co to mówi o sposobie, w jaki urządzony jest kosmos?
Same złe rzeczy. Myśl, że moralny los jest zależny od potknięcia, jest dość okropna. Traf, myślimy sobie, niech zarządza naturą, a w dziedzinie ludzkiej moralności mają działać przepisy. Ta sfera nie ma prawa rządzić się zbiegiem okoliczności, okoliczności nie mogą się tak po prostu zbiegać, kiedy im się podoba; muszą być zapraszane listownie, według racjonalnych planów zaproszeń, zgodnie z zachowaniem elementarnych zasad porządku i sprawiedliwości. Ma być tak, że dobremu chwała, a złemu ogień piekielny, każdemu według zasług, pomniki dobrym, więzienia złym. Jeżeli jakakolwiek zasada jest nie do odpuszczenia, to właśnie ta. Nad naszym moralnym przeznaczeniem chcemy mieć kontrolę. Dlatego nasz mózg szaleńczo się broni przed przyjęciem do wiadomości całej tej sprawy z przypadkiem i szuka sposobów na racjonalizację tego bałaganu.
Co trzeba zrobić? To proste. Wystarczy zamknąć oczy i udawać, że świat jednak rozdaje medale według zasług. Wynikiem ekwilibrystyki psychologicznej, dzięki której unikamy martwienia się paradoksem przypadku w moralności, jest hipoteza sprawiedliwego świata (just world hypothesis). Opisał ją Melvin Lerner w połowie lat sześćdziesiątych. U Lernera siedemdziesiąt dwie kobiety przyglądały się wyreżyserowanemu eksperymentowi, gdzie (podobnie jak w słynnym eksperymencie Milgrama) osobie robiącej błędy aplikowano szok elektryczny. Im gorzej szło ofierze, im mniej można było dla niej zrobić, im bardziej było prawdopodobne, że los ofiary się nie odmieni w kolejnych rundach, tym okrutniejsze były oceny, jakie wystawiały jej uczestniczki eksperymentu. Zupełnie, jakby zakładały, że świat musi być sprawiedliwy - skoro dostałeś prądem, coś musi być z tobą nie tak. Jest kara, musi być i wina. Skoro ci wypadło ratowane z pożaru dziecko, to musiałeś być nieuważny, egoistyczny, a w ogóle to spójrz na siebie, ewidentnie jest z tobą coś nie tak. A jeśli ratunek się powiódł? Zawsze miałeś w sobie coś z bohatera. Od razu widać, że ci dobrze patrzy z oczu.
A więc wszyscy wyznajemy prawo karmy. Dobremu ciasta, podwyżki i słoneczne pikniki, złemu komornik i kiepski dentysta. Jeśli się potknąłeś, to dobrze ci tak, jeśli wzleciałeś, wezwały cię pokrewne ci anioły. Rzucił cię partner - byłeś nie do wytrzymania, został z tobą, widocznie coś tam w tobie jest. Musimy w prawo karmy wierzyć, bo inaczej musielibyśmy się zmierzyć z moralną loterią. A jeśli karma istnieje, jeśli zawsze można doszukać się zasług u przypadkowych bohaterów i win u przypadkowych złoczyńców, to możemy spać spokojnie, bo jednak czuwa nad nami kosmiczna sprawiedliwość.
Piszę to wszystko z powodu filmu Leslee Udwin "India’s Daughter". To historia dwudziestotrzyletniej studentki Jyoti Singh, ofiary grupowego gwałtu, która zmarła od obrażeń zadanych przez napastników. Udwin zrobiła coś, na co porwało się niewielu dokumentalistów: pozwoliła się wypowiedzieć sprawcom. A co mówią sprawcy? Ano, że owszem, zgwałcili, ale przecież porządne panienki nie chadzają do kina wieczorami. Że po co walczyła ze sprawcami, zamiast się od razu poddać i dać się zgwałcić, jej obrażenia były więc wynikiem braku rozsądku. Sami gwałciciele widzą się jako narzędzia karmy, instrumenty sprawiedliwego świata, pionki opatrzności. Skoro zgwałcili, to widocznie było za co. A co najgorsze, podobnie być może myślała sama Jyoti - jej ostatnie słowa to podobno przeprosiny za to, że przysporzyła rodzinie tylu problemów.
Czasem nasza ewolucyjna skłonność, by widzieć świat jako sprawiedliwy, przynosi kilka nieszkodliwych racjonalizacji. Ale dużo częściej to instynkt, przed którym musimy się bronić z całych sił, bo to okrutna siła, szkodliwa społecznie, politycznie i psychologicznie, siła, która pozwala nam akceptować zło i nie doceniać dobra, siła, która sprawia, że pozwalamy światu toczyć się własnym torem, zamiast korygować jego bieg. Musimy wciąż widzieć niesprawiedliwość rzeczywistości, ciągle się na nią uczulać, nie tracić jej z oczu. Musimy pamiętać: nie każdy cios jest zasłużony. Kosmos nie jest sprawiedliwy. Nie można liczyć na opatrzność w kwestii wyrównywania rachunków. To nasza, ziemska robota, żeby przywrócić moralny porządek.
@RY1@i02/2015/050/i02.2015.050.00000170a.802.jpg@RY2@
Karolina Lewestam etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Karolina Lewestam
etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu