Państwo i prawo przede wszystkim
Profesor Czesław Znamierowski pisał kiedyś w książce "Szkoła prawa. Rozważania o państwie", że władza powinna dbać o państwo tak, jak jeździec dba o swego jedynego wierzchowca, bez którego nie jest przecież sobą i nie może dotrzeć do żadnego celu. Ujmując rzecz szerzej: wszyscy politycy winni dbać o państwo tak, jak o swojego jedynego, drogocennego wierzchowca. Tymczasem zachowują się niekiedy jak handlarze końmi na jarmarku w Skaryszewie, dobijający targu z włoskimi rzeźnikami. Tylko stawka, o którą chodzi, jest inna.
W piątek media niemal zgodnie zaprotestowały przeciwko planowanemu rychłemu ograniczeniu dostępu dziennikarzy do parlamentu. Większość redakcji dostrzega potrzebę pewnych zmian, ale bodaj żadna nie godzi się na wszystkie propozycje marszałków Sejmu i Senatu. Dopiero dziś, na skutek protestu i piątkowej awantury sejmowej, oraz po zwołanym ad hoc, w sobotnią noc, spotkaniu redaktorów z marszałkiem Karczewskim, rozpoczną się rozmowy o tym, jak ma wyglądać praca dziennikarzy w parlamencie. A powinny przecież - w rozsądnym toku spraw - odbyć się przed przygotowaniem zarządzenia, tak by mogło ono uwzględnić uzasadnione potrzeby mediów. Przy takim podejściu nie byłaby to zapewne kwestia inna niż techniczna. Urosła jednak do rangi symbolu. I wpisała się doskonale w serię mniejszych i większych - niekiedy wręcz idiotycznych - błędów oraz, co gorsza, świadomych decyzji, które doprowadziły do wielkiej politycznej awantury; i które grożą bardzo poważnym kryzysem. Albo więc w całej sprawie była zła wola i złe intencje, albo niezrozumiała zupełnie zręczność słonia w składzie porcelany.
We wspomnianej serii są oczywiście: próba, być może zaplanowana, obstrukcji obrad Sejmu, podjęta przez posła opozycji; wykluczenie go z udziału w posiedzeniu i uparte obstawanie przy tej decyzji; okupacja mównicy sejmowej (trwa do tej pory); nagłe przeniesienie obrad do innej sali i związane z tym zamieszanie; pospieszne głosowanie - z naruszeniem regulaminu Sejmu - nad ustawą budżetową; wyrzucenie dziennikarzy z parlamentu (niepotrzebny zakaz wstępu obowiązuje do wtorku i nawet w geście dobrej woli nie został zniesiony); zablokowanie wyjazdów z Wiejskiej przez demonstrantów i próby zatrzymania (po co?) samochodów z politykami w środku. Ktoś powie: to tylko polityka i naiwne jest oczekiwanie czegoś innego. Jednak czy musi ona aż tak przypominać kopniaki i okładanie batem koni na skaryszewskim targu?
Wszystko to nie skłoniło polityków do refleksji, lecz stało się paliwem dla cynicznej gry. Z obu stron była mowa o zamachu stanu (sic!), o bezwzględnej próbie obalenia rządu, o zdradzie. Argumenty zostały zastąpione, jak zwykle, epitetami, nierzadko obelgami. To jest właśnie - być może w reakcji na własne błędy i wymykanie się spraw spod kontroli - umiejętne podjudzanie ludzi przeciw sobie, podsycanie niszczących emocji i rozpalanie nienawiści. A nienawiść zaślepia i ogłusza. Fakty i ich trzeźwa ocena przestają się liczyć. To chyba jasne, że jest ogromna różnica między rzuceniem racy na ulicę a użyciem gazu łzawiącego przez policję. Jak można tę różnicę pomijać, ryzykując przy tym społeczne niepokoje? Czemu to ma służyć?
To prawda, że karczemne parlamentarne i okołoparlamentarne awantury czy przepychanki zdarzają się nawet w najdojrzalszych demokracjach. Nie ma więc co wpadać w histerię, która tak łatwo udziela się niektórym komentatorom, a którą politycy ochoczo wzmacniają. Ale ryzyko, że ostatecznie awantura przerodzi się w bardzo głęboki kryzys polityczny i społeczny, naprawdę istnieje. I jest poważne. O ile bowiem spór wokół Trybunału Konstytucyjnego ma charakter ustrojowy, ale wciąż mieści się w ramach porządku demokratycznego, o tyle wątpliwości i kłótnie o legalność decyzji Sejmu byłyby związane z samą istotą tego porządku; i oznaczałyby pytanie, czy ten porządek jest zachowany, czy nie. Do tego nie mogą dopuścić nie tylko żaden jeździec, ale nawet handlarz końmi. Zmaltretowana szkapa dla nikogo nie ma wielkiej wartości. Wyobraźmy sobie, że takich kuriozalnych obrad i głosowań jak w piątek miałoby być więcej. I więcej radykalnie odmiennych opinii dotyczących skutków tego zamieszania. A w konsekwencji odmienne interpretacje, czy dana ustawa została prawidłowo uchwalona i czy obowiązuje. Ryzyko jest realne, bo chociaż seria fatalnych decyzji nie ulega wątpliwości, wciąż nikt po żadnej stronie nie chce się przyznać do błędu ani wyciągnąć wniosków. Nikt nie chce ustąpić, cofnąć się ani o krok; nikt nie szuka rozwiązań. Nie chodzi nawet o to, by opozycja powiedziała, że konieczny jest powrót do normalnej pracy, np. pod warunkiem, że nikt już z obrad nie będzie wykluczany. Ani o to, by większość parlamentarna na zwołanym pilnie posiedzeniu Sejmu stwierdziła, że należy wszystko zacząć od początku, w tym debatę i głosowanie nad budżetem. Kompromis mógłby oznaczać np. koniec okupacji sali plenarnej i reasumpcję głosowania. Rozwiązań może być wiele, ale trzeba chcieć je znaleźć. To by oznaczało jednak z obu stron wyjście poza cyniczne podsycanie konfliktu i złych emocji.
Przez osiem lat poprzedniej władzy wielu nabrało przekonania, że w państwie potrzebne są zmiany. Styl i koszt społeczny dokonywanych zmian mogą jednak budzić uzasadniony protest. Koń, z którym jeździec źle się obchodzi, w końcu zrzuci go z siodła, o czym politycy obu stron powinni pamiętać. W piątek zapomnieli. Podobnie jak i o tym, że dla ludzi to nie oni są najważniejsi, lecz nasz jedyny, drogocenny wierzchowiec. ⒸⓅ
@RY1@i02/2016/244/i02.2016.244.00000070b.801.jpg@RY2@
Krzysztof Jedlak
redaktor naczelny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu