Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

To nie my, to oni

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Nie znam się na gumie. Równie głęboką tajemnicą jest dla mnie jej sprężystość, moc izolacyjna i podatność na dziury, jak jej symbolika, znaczenie w kulturze i topos gumy w literaturze międzywojnia. W związku z tym na tematy okołowulkanizacyjne spekulować nie mogę. Mimo to przypadek opony prezydenta Dudy mnie poruszył. Nie dlatego, że jest sprawą opony, że prezydenta i że konkretnie Dudy, ale dlatego że niezależnie od faktycznych przyczyn oponiej tragedii ta sprawa jest kolejnym drobnym symptomem pewnej cywilizacyjnej choroby moralnej, na którą powoli, acz nieuniknienie zapadamy wszyscy. To wirus moralnego zdziecinnienia, który objawia się głównie powtarzaniem znanej z zabaw na podwórku kwestii: "To nie ja, to on!".

Na podwórku jednak sprawy miały się zwykle dość jasno. W konfiguracji: Tekla, Staś, piłka i rozbita szyba można było zaryzykować pogląd, że winowajcą jest albo Tekla, albo Staś. Więc jeśli zbesztana Tekla chlipie: "To nie ja, to on!", to możliwości są tylko dwie: albo dziewczę kłamie, by odwiecznym dziecięcym tym zaklęciem odsunąć od siebie gniew bogów, albo zostało niesprawiedliwie ukarane. Odpowiedzialność moralna jest osobom dramatu mocno przypisana przez fakty; problem w tym, by fakty wyszły na jaw. "To nie ja, to on" nie zmienia faktu, że to albo ja, albo on - i kropka.

Im dalej w życie, jednakowoż, tym sprawy bardziej się komplikują. W konfiguracji: nastoletnia Tekla, takiż Staś, piłka, rozbita szyba i banda naćpanych dresów - kto jest winien? Czy Staś, który piłką rzucił? Czy dresiarz, w którego chciał trafić, bo ten nazwał Teklę w sposób, który ukłuł zakochane w Tekli serce Stasia? A może Tekla, która karmi Stasia nadzieją, mrugając jednocześnie do dresa, prowokując go do flirtu za pomocą jedynego znanego mu narzędzia, czyli obelgi? Trudno powiedzieć. Tu każdy może rzec: to nie ja, to on.

22 lipca 2011 r. o 15.17 w Oslo Anders Breivik odpalił bombę przed rządowym budynkiem, zabijając ośmioro ludzi. Niecały kwadrans później norweska policjantka odebrała telefon: świadek zamachu widział dziwnego osobnika i zapamiętał jego numer rejestracyjny. Policjantka, czując, że informacja może być ważna, zapisała ją na żółtej karteczce i poszła przekazać ją szefowej - ale szefowa prowadziła rozmowę przez telefon. Policjantka spojrzała więc na szefową "znacząco", próbując przekazać wagę rzeczonej karteczki. Szefowa owszem, odczuła w spojrzeniu podwładnej pewien ciężar, ale jednak nie ciężar decydujący. Karteczka leżała więc odłogiem przez 20 minut, podczas których niezatrzymywany przez nikogo Breivik zbliżał się w stronę wyspy Utoya, gdzie tego samego dnia zabił jeszcze 69 osób. Kto jest winien? Policjantka, która nie spojrzała wystarczająco wymownie? Niewrażliwa na spojrzenia szefowa? Styl pracy, który nie pozwala wrzasnąć i wyrwać szefowej telefonu? Norweska powściągliwość, brak procedur w wypadkach nagłych? Wina ucieka przed wzrokiem w kąt.

W kwietniu 2013 r. w Dhace budynek Rana Plaza mieszczący fabrykę ubrań zaczął się chwiać w posadach; na ścianach pojawiły się rysy. Zarabiający marne 30 dol. na miesiąc pracownicy fabryki musieli jednak przyjść do pracy. Tego dnia budynek się zapadł; zginęło 1130 osób, a 2500 zostało rannych. Kto zawinił? Właściciele budynku? Bangladeskie prawo pracy, które nie tylko toleruje, lecz wręcz zachęca pracodawców do fuszerki? Zachodni kapitalizm, który bez wytchnienia żyłuje Trzeci Świat? A może my, konsumenci Mango, Croppa i Benettona, które to firmy szyły swoje ubrania w Rana Plaza? Coraz trudniej stwierdzić, kto rzucił tę piłkę, ale coraz łatwiej powiedzieć, że nie ja.

Im większe to nasze podwórko, tym łatwiej nie wdepnąć w winę. Sprzyja temu ogólny przyczynowo-skutkowy bałagan, który charakteryzuje rzeczywistość, ilość zaangażowanych Stasiów i Tekli, zawikłane i niejasne procesy w instytucjach. Można ów bałagan wykorzystać i pokazywać na innych: to nie ja, to on. To poprzednia władza, to szef BOR, to pan od opon, a może "zmiany kadrowe". Nawet jeśli polecą głowy, to głowy te nie przyjmą na klatę odpowiedzialności; ich zwolnienie nie będzie miało przyczyn moralnych, a czysto wizerunkowe.

Czy to znaczy, że odpowiedzialność moralna zanika w zbyt na nią skomplikowanym świecie? Nie, to znaczy tylko tyle, że odpowiedzialności moralnej się nie dostaje, ale trzeba ją sobie wziąć. Bo dojrzałość nie polega na tym, że skrupulatnie wyliczamy, ile winy jesteśmy winni, ale na tym, że nie boimy się wziąć jej ciut za dużo. Czy chodzi o rozbitą szybę, czy o oponę, czy o fabrykę w Dhace.

I tu chciałabym zacytować Susan Wolf, wybitną filozofkę, która napisała kiedyś tak: "Istnieje pewna cnota charakteru związana z braniem odpowiedzialności za nasze działania i ich konsekwencje. To niestety cnota bezimienna; nie potrafię jej celnie nazwać. Jest gotowością do odpowiadania za to, co zrobiliśmy - przy zrozumieniu, że »to, co zrobiliśmy« może mieć bardzo szeroki zakres [...]. Ta cecha każe nam od razu zapłacić za rozbity wazon, mimo że nasza wina nie jest do końca pewna; nakazuje nam przeprosić bez protestów, nawet jeśli zraniliśmy innego nieumyślnie. Być może ta cnota jest częścią szerszej dyspozycji do brania odpowiedzialności nie tylko za działania nasze, ale i takie, które są z nami jakoś skorelowane. Dzięki niej płacimy też za wazon rozbity przez nasze dziecko czy bierzemy na siebie winę za niekontrolowane przez nas działania podległej nam instytucji. [...] Można tę cnotę rozumieć jako krewną hojności".

Nie znam się na gumie, nie wiem, kto jest winien tej czy innej dziury. Ale wiem, że szlag mnie trafia przy każdym kolejnym wydarzeniu, czy to opona, czy problem z trybunałem, czy klęska kredytów frankowych, w którym nikt nie jest niczemu winny. Przy którym, zamiast wziąć na klatę to i owo, wszyscy uprawiają moralną buchalterię. To nie ja, to on. Albo może tamten pan. A właśnie, że to ty. I pewnie ja. Niczego nam w tej chwili bardziej nie trzeba niż moralnej hojności. Tak w sprawie opon, jak i każdej innej. ©?

@RY1@i02/2016/054/i02.2016.054.00000150a.802.jpg@RY2@

Karolina Lewestam

etyk, Boston University i Uniwersytet Warszawski

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.