Kucyk a sprawa polska
Jeśli masz, drogi czytelniku, jakiegoś wroga, to znam niezawodny sposób na to, jak go wyeliminować: musisz się dowiedzieć, jaki serial namiętnie oglądamy ja z moim synem, i przekazać tę informację owemu wrogowi, a wtedy my - ja i mój syn - będziemy musieli go zabić. Niestety, w tym przypadku śmierć z naszych rąk czeka również ciebie (nikogo, kto zna tajemnicę, nie można puścić wolno), dlatego użyj tej strategii tylko wtedy, gdy dla zemsty naprawdę jesteś gotów ponieść znaczące koszty osobiste.
Wstyd mój i syna, wstyd tak mocny, że prędzej popełnimy zbrodnię, niż pozwolimy rozejść się wieściom o naszych telewizyjnych upodobaniach, bierze się z tego, że nasz serial wygląda jak landrynka z lukrem na szczycie ozdobionego kremowymi różami tortu trzymanego przez wczesną Kasię Cichopek ubraną w baletowe tutu. Człowiek poważny, taki jak ja, nie może dać się złapać w pobliżu takiej estetyki; młody mężczyzna zaś w porządnym katolickim społeczeństwie, jeśli nie chce się narazić na rówieśniczy ostracyzm, nie może zdradzać lekceważenia dla norm, które jednoznacznie przyporządkowują kolory i zainteresowania do rodzaju gonad, nawet jeśli te normy są idiotycznie arbitralne. Ale mimo groźby demaskacji nie możemy się od owego serialu oderwać, jest on bowiem niezwykle wciągający. Rzecz jest, drodzy państwo, naprawdę niezła.
Bohaterami tego serialu są zwierzęta. Nie mogę wprost powiedzieć jakie, bo się zdradzę, ale nie są to płazy ani gady, a już na pewno nie insekty (bo kto normalny chciałby się wzdragać, oglądając ich pełzająco-bzykliwe przygody; ja na przykład do dziś mam koszmary, w których goni mnie pajęczakowata Tekla z "Pszczółki Mai" zachęcana do mordu gardłowym zawodzeniem tej ofermy z miękkim żądłem, Gucia). Zwierzęta w naszym serialu są porządnymi czteronożnymi ssakami, występującymi w trzech solidnych wersjach: zwykłej, magicznej i skrzydlatej - i wszystkie trzy wersje żyją ze sobą w harmonii w idyllicznej krainie, zwanej Equestrią.
I właśnie nad kwestią tej harmonii, która panuje wśród naszych zwierząt, chciałabym się mocniej zastanowić, mam bowiem nieodparte wrażenie, że logika equestriańskiej harmonii może nam nieco rozjaśnić nasze własne problemy społeczne.
Załóżmy (podkreślam: załóżmy) na moment, że wspomniane zwierzęta to kucyki, a serial nazywa się przykładowo "My Little Pony". Każdy kucyk ma na zadku unikatowy znaczek. Pojawia się on tam w okresie dojrzewania, gdy dorastający kucyk nagle odkrywa swój największy życiowy talent. Zasada jest prosta: gdyby Maryla Rodowicz była kucykiem, to podczas pierwszej solówki na koncercie szkolnego chóru na pupie pojawiłaby się jej nutka; Robert Kubica miałby na pośladku wyścigówkę od momentu, w którym tata pozwolił mu po raz pierwszy prowadzić auto; gdybym pisała to dwa tygodnie temu, to dodałabym, że tył hipotetycznego kucyka Andrzeja Dudy zarobiłby znaczek pióra, kiedy ten w latach dziecięcych po raz pierwszy coś byłby podpisał.
Nic dziwnego, że myśli małych kucyków bezustannie krążą wokół prób odkrycia swojego życiowego powołania - w końcu jabłko na zadzie oznacza dożywocie w sadzie, ciasto skazuje kucyka na karierę cukierniczą, tarcza każe wstąpić do zamkowej straży. Ale znak nie zniewala, raczej odkrywa przed jego właścicielem prawdziwy blask jego własnej duszy. Harmonia w Equestrii wynika między innymi z tego, że każdy robi swoje, a że to "swoje" jest jego powołaniem, będzie robił to chętnie i bez żalu.
Fajny pomysł, prawda? Ach, wiedzieć, kim się jest i w jakim powinno się iść kierunku! Motyw znaczka nam się podoba, bo jest tak naprawdę kolejną wersją mitu o spełnionym samopoznaniu, jaki ludzkość wciąż na nowo rekonstruuje; jest następnym wcieleniem nadziei, że istnieje o nas jakaś prawda, którą zdradzi wyrocznia delficka, test predyspozycji zawodowych czy wróżka. Tak bardzo chcemy wiedzieć, kim jesteśmy, bo wierzymy, że w ten sposób zrozumiemy, jak uczynić samych siebie szczęśliwymi.
Są też znaczkowe historie mrożące krew w żyłach: oto zła potężna czarownica zmienia wszystkim znaczki na identyczne, zabijając tym samym ich ducha; oto niektórych dotyka choroba zwana znaczkową ospą, gdzie na zadzie chorego pojawia się cała masa różnych znaczków, wiodąc go ku szaleństwu. Obejrzawszy wspomniane odcinki, zrozumiałam nagle, o czym nasz serial jest, a jest o najnowszej historii Polski, i zwróciłam się w te słowa do syna: "Spójrz, oto ćwierć wieku temu wyszliśmy ze źle pojętego socjalizmu, w którym nikt nie mógł podążać swoją własną drogą, a znaczek na zadzie malowała mu partia - ale zamiast pozwolić ludziom odkryć swoje talenty i na zawsze im się poświęcić, zgotowaliśmy im natychmiast neoliberalną ospę znaczkową, w której nie mają szans na życie zgodne z powołaniem, bo muszą być wiecznie gotowymi do tego, by się przekwalifikować, aby dostać następną niepewną umowę-zlecenie. I spokoju społecznego nie zaznamy, dopóki praca przynajmniej w części nie będzie częścią tożsamości, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jest ona zarazem stabilna i pełna znaczenia. Tego nas uczy Equestria".
A mój syn pokiwał głową, ale też zapobiegawczo wzruszył ramionami, bo jeśli polski ośmiolatek cokolwiek wie, to wie, że jakikolwiek będzie jego znaczek, musi on być dokładnie taki sam, jak jego kolegów, a on musi unikać nie tylko różu i pasteli, ale też wielu innych rzeczy, na przykład rozumienia poważnych słów, takich jak socjalizm, bo a nuż go zdemaskują, że nie jest wystarczająco zapamiętałym fanem Legii. ⒸⓅ
@RY1@i02/2017/150/i02.2017.150.00000210a.801.jpg@RY2@
Karolina Lewestam
doktor filozofii, etyk, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu