Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

O finansach okiem lokalnego wydawcy

18 października 2018
Ten tekst przeczytasz w 6 minut

Najważniejszym problemem omijania lub wręcz naruszania przepisów jest limit wydatków na kampanię. Głowią się nad tym nie tylko wielkie sztaby wyborcze, ale też te w Polsce powiatowej. Wystarczy wyjechać poza duże miasta. Tysiące billboardów, miliony ulotek, gazetki wyborcze w nakładach kilkunastotysięcznych, ogłoszenia w prasie, radiu, internecie. Do tego spotkania na ulicach, rozdawanie gadżetów, jak choćby długopisów, ciasteczek, kawy. Samochody oklejone podobiznami kandydatów, a także autobus czy przyczepki reklamowe. No i oczywiście media społecznościowe, czyli sponsorowane posty i filmiki… Skąd na to pieniądze? Przecież limity są sztywne, a prawo precyzyjne.

Rozporządzenie ministra finansów z 20 czerwca 2018 r. w sprawie podwyższenia kwoty przypadającej na jeden mandat radnego przy ustalaniu limitu wydatków komitetów wyborczych w wyborach do organów stanowiących jednostek samorządu terytorialnego (Dz.U. z 2018 r. poz. 1280) określa, ile można wydać na agitację w wyborach do rad i sejmików. W gminach liczących do 40 tys. mieszkańców kandydat może wydać 1064 zł, a w gminie powyżej 40 tys. – 1276,80 zł. Limit dla kandydatów na radnych powiatowych wynosi 2553,60 zł, w wyborach do rady miasta na prawach powiatu 3930,40 zł, a wyborach do sejmiku wojewódzkiego – 6384 zł.

Kodeks wyborczy określa, że komitety mogą wydawać na kampanię wyłącznie kwoty ograniczone limitem. Limity obowiązują także przy wyborach na wójta, burmistrza i prezydenta miasta. Ustala się je, mnożąc liczbę mieszkańców konkretnej gminy przez 60 groszy (w miastach do 500 tys. mieszkańców). Dodatkowo kodeks wyborczy mówi, że wydatki można prowadzić tylko przez rachunek komitetu wyborczego.

Kilka warunków

W nieoficjalnych rozmowach kandydaci przyznają, że nie da się prowadzić kampanii za takie pieniądze. Kto ma choć niewielkie rozeznanie o kosztach druku banerów, plakatów, pracy grafika, umieszczenia ogłoszeń w mediach, ten wie, że musi to kosztować więcej. Każdy komitet wyborczy po zakończonej kampanii składa w Państwowej Komisji Wyborczej sprawozdanie finansowe. W papierach zwykle wszystko się zgadza: koszty są rozpisane tak, że nie przekraczają limitów. PKW sprawdza sprawozdania pod kątem formalnym, nie merytorycznym. I pełnomocnicy finansowi to wiedzą. Dlatego najważniejsze, by formalnościom stało się zadość. A rzeczywistość? Na papierze nie odstaje. Stąd w sprawozdaniach takie kwiatki, jak produkcja billboardów za 50 zł czy ogłoszenie w internecie na 20 zł.

Zrzutka od firm

Jak w takim razie prowadzone są te bogate kampanie? Kandydaci muszą spełnić kilka warunków. Pierwszy to lewy fundusz. Aby wydać więcej, trzeba więcej mieć. Sposoby pozyskiwania pieniędzy są różne: w Polsce gminnej i powiatowej kandydaci przez wyborami odwiedzają okoliczny biznes z prośbą o dofinansowanie. Część przedsiębiorców uczestniczy w tej zrzutce: jedni dają tylko wybranemu kandydatowi wysoką kwotę, inni każdemu po trochu, zakładając, że najlepiej utrzymywać poprawne stosunki ze wszystkimi. Bo łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.

Z drugiego sposobu może skorzystać tylko aktualna władza i tylko tam, gdzie ma spółki komunalne. Polega to na podpisywaniu umów na usługi, zwykle doradcze lub związane z marketingiem, z zaprzyjaźnionymi osobami. Zwykle to pracownicy urzędów bądź członkowie stowarzyszenia czy partii. Pieniądze, po odliczeniu podatku, trafiają na fundusz wyborczy.

Trzeci sposób to tak zwane przekazanie limitu. Każdy kandydat na radnego dysponuje tę samą kwota, jednak nie każdy ma takie same szanse na mandat. Zasada tworzenia list do rady jest taka, że trzeba mieć na niej jak najlepsze nazwiska, które przyciągną wyborców. Te nazwiska pracują na lidera. Przyciągają od kilkunastu do kilkuset głosów, ale dzięki nim wynik procentowy ugrupowania idzie w górę. Tacy kandydaci, zwani czasami „mięsem wyborczym”, często nie prowadzą kampanii. Ale dysponują limitem. Ten limit przekazują na rzecz lidera, czy to listy czy kandydata na wójta, burmistrza, prezydenta. Praktykowane jest także opłacanie miejsc na listach. Wtedy jedynka musi przekazać na rzecz partii czy stowarzyszenia określoną kwotę.

Pod stołem

Jeśli kandydat ma lewy fundusz, zostaje problem rozliczeń. Państwowa Komisja Wyborcza jasno określa, że jedyne darowizny, jakie można świadczyć na rzecz komitetu wyborczego, to rozlepianie ulotek i plakatów, użyczeni pojazdów i miejsc ekspozycji oraz pomoc w pracach biurowych. Wszystko inne powinno zostać umieszczone w sprawozdaniu finansowym. Wszystko inne, czyli wynajęcie sali, wykupienie powierzchni reklamowej, czy to na ulicy czy w mediach, usługi doradcze.

Jak to zrobić, by nie przekroczyć limitu? Pierwszy sposób jest najprostszy i najbardziej ordynarny – bez faktur, na lewo. Skoro jest lewy fundusz, to i po wydatkach nie może być śladu. Tu kluczowe jest zaufanie, w ten sposób usługi można opłacać tylko w firmach zaprzyjaźnionych, oczywiście niezwiązanych z konkurencją. Drugi sposób to zaniżanie faktur. Sztab znajduje firmę zainteresowaną niewykazywaniem wszystkich przychodów i u niej zamawia usługę. Zamiast na 1000 zł, komitet wystawia fakturę na 100 zł i tę legalnie opłaca z konta komitetu. Reszta idzie pod stołem. To o tyle bezpieczne, że jest ślad wykonania usługi, który można wykazać w sprawozdaniu finansowym dla PKW. Trzeci sposób to zamówienie usługi na słupa. Zamawia ją zaprzyjaźniona firma, ona opłaca całość na fakturze, komitet rozlicza się z nią pod stołem.

Kara wciąż teoretyczna

Taki sposób finansowania i rozliczania kampanii jest powszechny, dlaczego w takim razie tak niewiele jest spraw w sądach dotyczących nielegalnego finansowania bądź przekraczania limitów? Powód pierwszy i najważniejszy – Państwowa Komisja Wyborcza nie kontroluje sprawozdań pod kątem ich rzetelności merytorycznej. Stąd możliwość zaniżania kosztów w stosunku do tych rynkowych. Po drugie, ponieważ system jest powszechny, to oznacza, że stosuje go wielu kandydatów. Konkurencja nie donosi na siebie, ponieważ sama stosuje te metody i zgłoszenie jej organom ścigania może się obrócić przeciw niej. Po trzecie wreszcie, nie ma zainteresowanych, by ten proceder ujawnić. Oczywiście z racji jego powszechności. Jedynym sposobem na zerwanie z tą fikcją jest podniesienie limitów z równoczesnym wprowadzeniem drastycznych kar.

W mieście 50-tysięcznym limit wydatków na kampanię prezydenta nie powinien być mniejszy niż 100 tys. złotych. Podobnie wzrosnąć powinny limity dla kandydatów na radnych. Państwowa Komisja Wyborcza musi kontrolować realność wydatków, stosując te same metody, co urząd skarbowy. Może też robić to i sam fiskus na jej zlecenie, podobnie jak dziś sprawdza oświadczenia majątkowe radnych. Kary za „wydatkowanie środków finansowych komitetu wyborczego z naruszeniem limitów wydatków określonych dla komitetów wyborczych” określa art. 506 pkt 6 kodeksu wyborczego. To grzywna wynosząca od 1000 do 100 tys. zł. Taka sama kara grozi za udzielanie komitetowi wyborczemu lub przyjmowaniu w jego imieniu korzyści majątkowej o charakterze niepieniężnym innej niż nieodpłatne usługi polegające na rozpowszechnianie plakatów i ulotek wyborczych przez osoby fizyczne, pomocy w pracach biurowych, udostępnianiu pojazdów bądź miejsce ekspozycji materiałów wyborczych.

Na koniec kluczowe pytanie: kto pamięta wyrok skazujący na maksymalną grzywnę lub choć zbliżoną? ©

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.