Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Równia pochyła i stromy klif

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Równia pochyła to jednostajne zbocze skierowane w dół. A także następujący sposób rozumowania: nie róbmy A. Bo jeśli stanie się A, to zaraz stanie się B, później C, potem już klops, bo w konsekwencji stanie się coś tak strasznego, że nie można tego nawet opatrzeć żadną szanującą się literą (D). Innymi słowy, z perspektywy argumentującego A jest właśnie pierwszym krokiem na śliskiej równi pochyłej (po angielsku mówi się "slippery slope", żeby ową śliskość podkreślić) - więc jeśli tylko odważymy się na A, to siła grawitacji złapie nas w bezlitosne szpony i z wrzaskiem zsuniemy się z owej równi jak po kisielu, nie mając się czego chwycić, a potem z egzystencjalnym pac! wylądujemy... Gdzie? No, nie wiadomo do końca gdzie, ale przynajmniej w piekle.

Oto przykłady użycia owego argumentu. Związki partnerskie? Taaa, najpierw związki partnerskie, potem poligamia, a zanim się obejrzysz, pac! I tańczysz na weselu twojego pięcioletniego syna i świni, i jeszcze musisz jeść z koryta, jakby nigdy nic, a może nawet i prezent kupić, żeby cię te dżendery nie wyklęły z kręgu cywilizowanych ludzi. Wolne niedziele? Aha, najpierw masz wolne w dzień święty, potem lista obecności w kościele, a w końcu pac! Jezus podejmuje wszystkie decyzje polityczne, objawiając się Kaczyńskiemu w fusach świętej herbaty parzonej z porostów cudownie wykwitłych na posągu w Świebodzinie. Ścieżka rowerowa? Jakiś jeden z drugim Łukasz Warzecha od razu wieszczy, że w związku z tym już za pół roku za publiczne powiedzenie "brum brum" grozić będzie kara chłosty lub nadzianie na rurę wydechową przed wegańskim barem i ukamieniowanie przez obserwujących trawożerców organicznym selerem (nie naciowym). In vitro? Oj, wystarczy raz pozwolić laborantom dźgać pipetą tajemnicę życia, a zaraz jeden z drugim odetnie se nogę i ucho, zszyje na okrętkę, da Józio na imię i pośle do szkoły. I kto będzie siedział z Józiem w ławce? Nasze dzieci, proszę pana, nasze dzieci. A jak go przezwą "Uchonóg" - wie pan, jak to dzieci - to od razu do dyrektora. I jak tu żyć, proszę pana, jak żyć?

Równia pochyła, jak widać z przykładów powyżej, ma niezaprzeczalne zalety jako argument w dyskusji. Może i wymaga nieco wyobraźni (w końcu nie każdy chłystek potrafi na zawołanie wywieść chłostę ze ścieżki rowerowej), ale za to skuteczność ma wspaniałą. Umieszcza bowiem w szerszym kontekście dane działanie lub decyzję polityczną i pokazuje ją nie w jej odizolowanej nieszkodliwości, ale jako pierwszy krok ku złu. A że zła się ludziska boją, owa emocja strachu na zawsze już zabarwia sporne wydarzenie i nikt, kto wcześniej miał jakiekolwiek wątpliwości, nie potrafi już myśleć o związkach partnerskich, nie widząc przy tym oczyma duszy oficjalnych bachanaliów ze zwierzętami podczas państwowych świąt.

Dlatego też równią pochyłą debata polityczna stoi. Widzą ją wszędzie po równo prawacy i lewacy. Cokolwiek by PiS zrobił, zaraz z lewej strony dźwięczy alarm, że oto właśnie kopnięto nas na równię pochyłą wiodącą prosto w ogień piekielny Trzeciej Rzeszy. Czegokolwiek by się domagała opozycja, dowiadujemy się od PiS, że to byłby początek zjazdu w odmęt niesolidarnej Polski sojuszu ośmiorniczkowych elit z islamskim fundamentalizmem.

I dlatego właśnie chwytów równiopochylnych nienawidzą racjonaliści, logicy i filozofowie. Najczęściej uważają je za błąd w rozumowaniu. Po pierwsze, jakże tu sensownie twierdzić, że jak A, to od razu Z, jeśli świat zależności przyczynowo-skutkowych jest tak skomplikowany, że cudem tylko udaje nam się przewidzieć, że jak A to B? Owa niepewność i statystyczne nieprawdopodobieństwo po drodze od A do Z tak się nam skumuluje, że nieodpowiedzialne jest deklarować jakąkolwiek pewność. Po drugie, równia pochyła sama w sobie argumentem nie jest; trzeba jeszcze założyć jakąś hierarchię wartości, która działa sobie razem z nią - bo nawet gdyby (to przykład! Teoretyczny, kontrfaktyczny, celowo głupi!) związki partnerskie były pierwszym krokiem do zoofilii, to trzeba najpierw mieć coś przeciwko małżeństwom z kozami, trzeba przeciw nim sformułować dla porządku jakiś argument (Brak możliwości zgody zainteresowanej?), żeby z czystym sumieniem rwać włosy z głowy na perspektywę małżeństw tak mieszanych. A po trzecie, co to za argument, który niczego nie dowodzi, a straszy? Z tego właśnie względu, gdy miły logik lub zadufany w sobie filozof usłyszą takowy argument, zaraz krzyczą: błąd! Błąd logiczny! Nie używaj takich argumentów!

A ja jednak chciałabym tu oficjalnie stanąć w obronie równi pochyłej, mimo całej jej niedoskonałości, retorycznej podstępności i emocjonalnego charakteru. Rozliczne równie pochyłe, po których, jak się nam zdaje, zjeżdżamy, są bowiem wspaniałym narzędziem zrozumienia samych siebie i przeciwników. Gdyby wspomniany Łukasz Warzecha faktycznie wygłosił proroctwo z przykładu powyżej, od razu wiadomo, czego się ów Warzecha boi i czego nienawidzi - nie samych rowerów, ale hipsterów, veggie burgerów i tego, że jego forma życia jest zagrożona, a on być może traci władzę symboliczną, możność nazywania dobrego i złego. I oto mimo nieracjonalności jego twierdzeń mamy w ręku narzędzia do uspokojenia rzeczonego Warzechy, choćby sugerując rozłączność rowerów i lewackiego selera. A jeśli ja widzę na przykład, że wolne niedziele nasuwają mi na myśl herbatę z Jezusa ze Świebodzina, to być może czas przestać się naparzać o niedziele, a zająć się szerszą kampanią na rzecz świeckiego państwa.

A poza tym... czasem coś wygląda jak zwykła równia pochyła, a jest tak naprawdę jak stromy klif. Są bowiem kwestie, w których krok A naprawdę sprawia, że z od razu spadamy w przepaść. Dzieje się, jeśli zasada, którą przekraczamy, robiąc A, jest ze swojej natury nieprzekraczalna, że wystarczy naruszyć ją raz, by całkowicie zmienić stan rzeczy. Powiedzmy, że gram w szachy z kolegą, który chce bić wieżą na ukos, a ja krzyczę: "Nie, bo wtedy nie będzie już gry!" - czy używam równi pochyłej? Nie, to stromy klif, ten jeden krok wystarczy z całą pewnością, by spaść w dół i znaleźć się tam, gdzie nie ma szachów, tylko dziwne pogrywanki. I podobnie, jeśli wyroki Trybunału Konstytucyjnego nie są respektowane, to z miejsca, bez żadnego ślizgania się, jesteśmy nagle poza państwem prawa. To żadna histeria, proroctwa czy straszenie; to po prostu definicyjnie rzecz biorąc fakt.

Nie bójmy się więc stromych zboczy, bo są narzędziem samopoznania. I zawsze uważajmy na stromy klif, bo na nim jedno A może sprawić, że wpadniemy w czarne D.

@RY1@i02/2018/078/i02.2018.078.00000130b.801.jpg@RY2@

Karolina Lewestam

doktor filozofii, etyk, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego

karolina.lewestam@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.