Normalność, obłęd i władza
„Szalone, złe i smutne” skupiają się na kobietach-pacjentkach nie bez powodu. Tak się składa, że o tym, czym jest „normalność” i kto jest „normalny”, decydowali przeważnie mężczyźni
Ludzie, jako posiadacze i użytkownicy swoich mózgów, na choroby umysłowe cierpieli od zawsze – niemniej przednowoczesne spojrzenie na to zjawisko różniło się diametralnie od naszego rozumienia choroby umysłu: mógł to być szamański dar, klątwa, mogło być demoniczne opętanie, mogła stać za tym wędrująca macica (stąd wywodzące się ze starożytności pojęcie „histerii”, właściwej jedynie kobietom dolegliwości wywoływanej przez macicę – zachowującą się jak autonomiczne, żywe zwierzę i uciskającą wnętrzności).
Abyśmy mogli rozumieć przysparzające cierpień dysfunkcje umysłu jako uleczalne choroby, sporo musiało się wydarzyć. Oświecenie pozostawiło po sobie mechanicystyczną wizję ludzkiego organizmu i ideę państwa biurokratycznego, które sprawuje uniwersalną kontrolę nad obywatelami, ale też świadczy im rozmaite usługi. Przy okazji znacząco osłabiło wpływy Kościoła, wzmacniając autorytet świeckiej władzy – innymi słowy, egzorcyzmy przestały leczyć. Wiek XIX dodał do tego scjentyzm i eugenikę (rozumianą tu jako wiarę w to, że człowieka można na różne sposoby „poprawiać”) – w rezultacie ukształtowała się potężna, wpływowa i wsparta autorytetem nauki grupa „lekarzy umysłów”. Potem zaś, na przełomie stuleci, zjawił się Zygmunt Freud i wywrócił to wszystko na lewą stronę – wyobrazić sobie świat Zachodu bez (post- i pop-) freudyzmu przenikającego na wskroś jego kulturę jest równie trudno, jak przywołać obraz Europy sprzed narodzin nacjonalizmu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.