Sam wśród ciemności
W „Krzywdzie” Pawła Rzewuskiego barokowy turpizm spotyka czarny romantyzm. To wyższa szkoła jazdy
Największym literackim wynalazkiem Henryka Sienkiewicza nie były ani fabuły jego powieści, ani nawet stworzone przez niego postaci – tak przecież emblematyczne. Największym wynalazkiem Sienkiewicza był język. Naturalnie język „Trylogii”, nie inaczej. Autor „Ogniem i mieczem” w jakiejś mierze wynalazł tę mowę na nowo, a zrobił to tak znakomicie, że na stałe przypisał ją do I Rzeczypospolitej: sarmacka staropolszczyzna – ta, którą znamy – jest jego dziełem. Nie wymyślił jej, co zrozumiałe, od zera, ale dokonał (mito)twórczej adaptacji dyskursu szlacheckiej gawędy i pamiętnikarstwa.
Sięgnięcie po ten język, zakorzeniony w tradycji i semantycznie nieobojętny, jest zawsze znaczącym gestem. Witold Gombrowicz dekonstruował go w „Transatlantyku”, Stanisław Lem zabawiał się nim retrofuturystycznie w „Cyberiadzie” i „Bajkach robotów”, Andrzej Sapkowski subtelnie skorzystał z jego narracyjnej mocy w swoim cyklu high fantasy. Oczywiście pisanie sienkiewiczowską frazą nie zawsze ma dobroczynny wpływ: w obrębie polskiej literatury mieści się również zapomniane cmentarzysko katastrofalnych prób zmierzenia się z Wielką Stylizacją.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.