Odzyskać country
Kolejne płyty Beyoncé podważają przekonanie, że gatunki muzyczne mają jasno ustalone ramy. A ona sama z wyreżyserowanej divy przeobraziła się w jedną z najbardziej pomysłowych narratorek muzycznych
W 2016 r. podczas gali rozdania najważniejszych nagród w muzyce country Beyoncé zaśpiewała u boku The Chicks (kiedyś Dixie Chicks) utwór „Daddy Lessons”. Miał to być moment triumfu – oto czarna Teksanka sięga do korzeni swoją pierwszą w karierze piosenką o zabarwieniu country. Na dodatek robi to ramię w ramię z zespołem, który, podobnie jak ona, doświadczył wykluczenia przez ludzi związanych z tą branżą. Reakcja części widowni była jednak wyraźnym przypomnieniem, kto jest, a kto nie jest tam mile widziany. Równolegle wybuchło oburzenie w internecie. Niektórzy zarzucali Beyoncé brak zakorzenienia w country; jeszcze inni wprost twierdzili, że nie jest to miejsce dla czarnej kobiety. Sama piosenkarka przyznała później, że była na gali „niemile widziana”. Jej obrońcy przekonywali zaś, że cała sytuacja wpisała się w długą historię marginalizowania niebiałych muzyków w branży country, mimo że ich rola w kształtowaniu jej brzmienia była kluczowa.
Tamto poczucie odrzucenia i niesprawiedliwości Beyoncé zaowocowało osiem lat później wydaniem płyty „Cowboy Carter”, którą wyróżniono statuetką Grammy za album roku. Szeroko komentowano tę nagrodę jako niekoniecznie zasłużoną – widziano w niej raczej docenienie całokształtu twórczości artystki. A także nieoficjalną rekompensatę za pominięcie wcześniejszych albumów, którym laur należał się bardziej. Jeśli jednak gremium przyznające wyróżnienia chciało wybrać płytę, która najlepiej oddawała kulturowe napięcia w Ameryce w 2024 r., to trudno było o innego zwycięzcę.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.