Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Magazyn

Powrót Tigera będzie trudny

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Przeglądałem kilka dni temu angielskie popołudniówki. Ta najpopularniejsza, The Sun, wydrukowała numer telefonu dla Federera. Napisali: Roger, jesteś taki mądry, zorganizowany po szwajcarsku, zadzwoń do nas pierwszy. Wiemy, że masz coś na sumieniu. Nie postępuj tak nieodpowiedzialnie jak koledzy z reklamy Gillette, Thierry Henry i Woods, którzy się do nas nie zgłosili. Jednego przyłapała kamera, drugiego hydrant. Mówiąc poważnie, uważam, że Roger nie ma nic do ukrycia.

Taki jest rodowód amerykańskiego sportu, bo te największe wpadki kojarzą się właśnie z tym krajem. Wydawałoby się, że wszystkie te postacie są tak krystaliczne, wręcz na granicy świętości.

Najwięcej mogę powiedzieć o tenisistach. Michael Chang, najmłodszy zwycięzca Rolanda Garrosa, jest zapalonym chrześcijaninem. Podobnie Artur Ashe. Mało kto wie, że numer jeden na świecie Stan Smith przyjeżdżał do Polski jako misjonarz. Telefonował do mnie z Raciborza czy Cieszyna. Tiger Woods, kiedy prześledzi się jego życie - etniczne korzenie jak Barack Obama, ojciec niezwykle zaangażowany w jego karierę - także wydawał się bez skazy. I gdyby hydrant nie stanął na jego drodze, nie byłoby żadnego skandalu. Mnie bardziej porusza Andre Agassi, który sam, bez przymusu, wystawił sobie takie świadectwo. Wydając autobiografię, popełnił samobójstwo z punktu widzenia ikony sportu.

W tych skandalach wcale nie chodzi o zbrodnie. Dowiadujemy się po prostu, że życie gwiazd nie jest idealne, że mają ludzkie słabości.

Zacznijmy od Agassiego. Nieudane małżeństwo - ludzkie, sięgnięcie po narkotyki - ludzkie. Nawet to, że nie lubi Beckera i krytykuje Samprasa - ludzkie. Ale kiedy sportowiec, którego kariera była wzorem i motywacją dla innych, przyznaje, że tak naprawdę nienawidził tenisa, był do niego zmuszany przez ojca, co uważał za katorgę - to dla mnie niezrozumiałe. Obok Bjoerna Borga i Borisa Beckera Agassiego uważam za najpopularniejszego tenisistę ostatnich lat - mieli cechy, które ich wyróżniały. Teraz dołączył do nich Rafael Nadal. Federer jest zbyt grzeczny. Kiedy założy garnitur, wygląda jak pracownik banku w Zurychu.

Uważam, że to wpływ współautora, J.R. Moehringera. To wybitna postać, filozof, pisarz, laureat Pulitzera. Spojrzał na Agassiego nie jak na bohatera świata tenisa, świata, który jest zbudowany na etosie ciężkiej pracy, ale jak na gwiazdę, która ma do ujawnienia wiele sekretów - że był do czegoś zmuszany, że czegoś żałuje. I zrobił tenisowi wielką krzywdę. Agassi pewnie nawet nie pomyślał, że zdecyduje się na opublikowanie takich rzeczy, ale pod wpływem współautora uwierzył w swoją misję. W to, że może obnażyć nawet to, co jest niewygodne, nieprzyjemne i niepotrzebne. Ivan Lendl mówił mi, że mama przywiązywała go do kortu, ale on dziś nie robi z tego tytułów rozdziałów książki. Mówi o surowej mamie z szacunkiem, choć pewnie własnych córek nie ciągnie siłą na pole golfowe. Natomiast po opowieściach Agassiego zostaje niesmak. Pamiętam go w Las Vegas, z turniejów w Cesare’s Palace. Chłopiec, który przychodził i prosił, żeby poodbijać z nim piłkę, to był tam tradycyjny obrazek. Wydawał się szczęśliwy. Ojciec, fanatyk tenisa, nosił za nim piłki. Po latach Agassi tak się z nim i z innymi rozprawił.

Tiger nie uratuje już swojego wizerunku idealnego męża i ojca. Najlepiej chyba, gdyby oficjalnie rozstał się z żoną. Nie byłby już pod presją, przyznałby, że nie sprawdził się w małżeństwie, zbyt dużo wymagała od niego kariera. Dopóki jasno się nie określi, musi liczyć się z tym, że jego życiem interesują się media.

Z pewnością ucierpi na tym nie tylko finansowo, ale i sportowo. Coś takiego musi go głęboko dotknąć. Już wycofał się z turnieju, który sam organizował. Będzie mu trudno wrócić. Golf, nawet bardziej niż tenis, to gra, która polega na pewności siebie. Jest angielskie słowo "confidence". Każdy odbija piłkę tak samo, ale wygrywa się w głowie. Lendl, który po tenisowej karierze zakochał się w golfie, był dumny, że zredukował handikap do zera. Nie przyjmował dzikich kart do turniejów, wolał kwalifikować się sam. Zrobił wyjątek tylko raz, w Mariańskich Łaźniach, i przez presję startu zawodowego zaczął grać kilka razy gorzej. Ze wstydu chciał się zapaść pod trawę. Człowiek, który wychodził na największe korty świata, nagle z kijem golfowym w ręku był zupełnie zagubiony. To samo może spotkać Woodsa.

@RY1@i02/2009/242/i02.2009.242.000.014a.001.jpg@RY2@

Wojciech Fibak

Piotr Fotek/Reporter

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.