Multimedialny spektakl o ludziach i maszynach
Warszawskojesienne prezentacje scenicznych dzieł Michela van der Aa (2004), Heinera Goebbelsa (2005), a w tym roku Georgesa Aperghisa przekonują, że o przyszłości muzycznej awangardy zadecydować mogą środki nowoczesnego teatru, literatury oraz sztuk wizualnych.
Nie chodzi przy tym o próby wskrzeszania tradycyjnie rozumianej opery, które w przypadku "Somnium" Mieczysława Litwińskiego (kicz etniczny) oraz "Ogrodu Marty" Cezarego Duchnowksiego (kicz cybernetyczny) przyniosły opłakane skutki. Być może sama formuła "śpiewany tekst z akompaniamentem jako motor dramatycznej akcji scenicznej" zatraciła tymczasem moc opisywania rzeczywistości? Inna sprawa, że klasyczna logika teatralna - która za pośrednictwem opery ukształtowała nasze poczucie muzycznej formy - wciąż pozostaje kompozytorskim konikiem. A więc paradoksalnie to właśnie przybysze z zewnątrz mają największe szanse odświeżyć skostniałe schematy narracyjne muzyki współczesnej.
- Nigdy nie wierzyłem w świat, w którym panuje logiczna myśl i harmonia. Ufam raczej fragmentom, strzępom życia, które spotykają się przypadkowo - deklaruje Georges Aperghis, wybitny francuskogrecki kompozytor teatru albo reżyser muzyki.
Te dwa światy stanowiły dlań bowiem niemal od początku organiczną jedność. Muzyczny samouk bardzo szybko wyzwolił się z awangardowych dogmatów Pierre’a Henry’ego czy Iannisa Xenakisa, by w 1976 roku powołać do życia słynne dziś paryskie Atelier Theatre et Musique. Z powstałych tam dzieł Aperghisa praktycznie żadnego nie sposób uznać za czystą muzykę, czysty teatr albo czystą literaturę. Nawet koncertowe "Contretemps" - wykonane w minioną sobotę przez znakomity Ensemble Modern - to swoista dźwiękowa pantomima intrygująca feerią wirtuozowskich grymasów zespołu oraz głosu, złączonych dziwaczną - tyleż rytualną, ile cyrkową - relacją. Popularne "Recitations" na głos solo (tytuł traktować należy całkiem dosłownie) albo pokrewne im "Jactations" (w medycynie: bezładne poruszenia towarzyszące niektórym zaburzeniom nerwowym), które w Warszawie zinterpretował znakomity baryton Frank Woerner, to właściwie absurdalne i bardzo muzyczne monodramy.
"Machinations", które zabrzmi jutro w warszawskim Studiu Koncertowym im. Witolda Lutosławskiego, to esencja alchemicznej sztuki Aperghisa. Sztuki operującej czystymi gestami, czystym dźwiękiem, a zarazem przepełnionej symbolicznymi znaczeniami i na wskroś ludzką ekspresją. Cztery kobiece postaci manipulują pierwotnymi substancjami (liście, kora, piasek) oraz przemawiają w niezwykle barwnym i oryginalnym muzycznie - ale też pozbawionym dyskursywnego znaczenia - języku. Pojawia się również komputer deformujący ich oryginalne komunikaty. "Machniations" jest powrotem do przedwerbalnej esencji człowieczeństwa, ale też jej konfrontacją z regułami gry cywilizacji technicznej. - To nie jest ani mecz między człowiekiem i maszyną, ani rodzaj współistnienia - komentuje kompozytor. - Chciałem po prostu zobaczyć, co stanie się, gdy człowiek i maszyna przez chwilę będą razem. Czy zajdzie jakaś reakcją chemiczna?
Nihilistyczna i dadaistyczna powierzchowność sztuki Aperghisa okazuje się kamuflażem. Kompozytor odrzuca zastane wyobrażenia muzyczności oraz teatralności tylko po to, by zejść głębiej - do samego rdzenia współczesnej duchowości.
@RY1@i02/2009/187/i02.2009.187.000.017a.101.jpg@RY2@
Materiały prasowe
Aperghis sam siebie nazywa reżyserem muzyki
Michał Mendyk
krytyk muzyczny
reż. Georges Aperghis
Polska premiera 25 września
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu