Pisać, jakby jutra miało nie być
Autor "Statku" Stefán Máni opowiada o swojej fascynacji Lovecraftem i tłumaczy, dlaczego ludzie pokochali islandzką popkulturę
Wiele osób zadaje mi to pytanie, ale ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Nie uważam, że Islandia to ponury kraj. Może taki właśnie jest, ale po prostu ja tego nie widzę? Coś w tym musi być, skoro nasza literatura jest taka, a nie inna. Jestem Islandczykiem, ale nie uważam się za islandzkiego pisarza. Ja po prostu przenoszę na papier historie, które pojawiają się w mojej głowie. Często nie mają nic wspólnego z krajem, w którym mieszkam. To nie są islandzkie opowieści, tylko ludzkie.
Inspiruję się poezją, uważam, że to najlepszy sposób na pisanie. I nie chodzi wyłącznie o język czy stylizację, ale o odmienny sposób patrzenia na świat. Wydaje mi się, że mam poetycki sposób myślenia o rzeczywistości. To zresztą powszechne w Islandii. Wyrażamy siebie poprzez poezję - ona jest w naszych genach. To widać w języku islandzkim - narodził się właśnie z poezji, z wczesnośredniowiecznych sag, ma zupełnie inną melodię niż języki oparte na łacinie. Islandzki to piękny język, ale też bardzo trudny do tłumaczenia.
Wielu ludzi postrzega islandzką kulturę jako jedność. Bez trudu odnajdują te same tematy, uczucia, tę melancholię i smutek zarówno w piosenkach, jak i w filmach oraz powieściach. To taki specyficzny islandzki znak jakości. Bez popularności muzyki i filmów z Islandii nie byłoby też międzynarodowych sukcesów naszych pisarzy. Ale bardzo nam pomógł Arnaldur Indridason. Chyba każdy z młodych islandzkich pisarzy odczuł, co znaczy jego pomoc. Dostawałem e-maile od ludzi, którzy pisali: "Czytałem Indridasona, więc przeczytam twoją powieść".
Mam przyjaciół wśród pisarzy, nie sądzę, bym miał wśród nich wrogów. Jeśli ze sobą rywalizujemy, to po prostu zdrowa konkurencja. Zmuszamy się nawzajem do coraz lepszego pisania, literatura jest wyzwaniem rzuconym nie tylko czytelnikom, ale także innym pisarzom. Więc tak, trzymamy się razem, ale czasami wbijamy sobie noże w plecy.
Tak, ale nie będzie to ekranizacja "Statku". Powstaje film na podstawie powieści "Svartur á leik" ("Czarna gra"), premiera jest zapowiedziana na przyszły rok. Sprzedałem prawa do ekranizacji "Statku", ale podczas kryzysu producent nie był w stanie wywiązać się ze zobowiązań. Jestem jednak przekonany, że prędzej czy później ten film powstanie.
Chciałbym, żeby to był Islandczyk. Choć gdyby udało się wskrzesić Stanleya Kubricka...
To prawda, właśnie "W górach szaleństwa" było jedną z moich największych inspiracji.
Może dlatego, że nie starałem się naśladować Lovecrafta. Chciałem okazać mu szacunek, pójść w kierunku, który wskazał swoimi opowiadaniami. Myślę, że się udało właśnie dlatego, że to hołd dla pisarza, a nie próba imitowania jego dokonań albo udowodnienia, że potrafię zrobić coś lepiej.
To zabawne, że Nesbo/ wspomniał o Bukowskim, bo ja także uważam tego pisarza za jedną z największych swoich inspiracji i bardzo dużo mu zawdzięczam. Widać jest u Bukowskiego coś, co działa na Skandynawów. Olbrzymi wpływ mieli też na mnie Edgar Allan Poe i Stephen King. A jeszcze bardziej niż literatura inspiruje muzyka, zwłaszcza heavy metal - jego moc, agresja, siła, teksty piosenek, okładki płyt. To niewyczerpane źródło pomysłów i emocji. Uwielbiam Black Sabbath, Metallikę, słucham też dużo death metalu: Deicide, Morbid Angel, Darkthrone. Ale moim ulubionym zespołem jest Type O Negative. Wiem, to nie heavy metal, raczej gotyk, ale ja też uważam siebie za pisarza gotyckiego. Ta muzyka mnie określa - jest mroczna, wolna, ponura, emocjonalna.
Chyba każdy z nas ma w sobie takiego mrocznego pasażera. Niektórzy słuchają jego podpowiedzi, inni nie. Granica między niebem i piekłem jest naprawdę cienka. Nie wszyscy bohaterowie "Statku" są źli, ale rzeczywiście każdy z nich ma nieczyste sumienie. Są mordercami, przemytnikami, kłamcami albo - tak jak kapitan - boją się wyznać prawdy o swoich uczuciach wobec najbliższych. I to dlatego giną. Bo jeśli chciałem zawrzeć w "Statku" jakiś przekaz, to taki, że w każdej chwili swojego życia musisz być tym, kim jesteś naprawdę. Jeśli kłamiesz, zdradzasz, zabijasz - trafisz do piekła. Wierzę, że trzeba żyć tak, jakby nie było jutra. Musisz być absolutnie uczciwy wobec siebie i wobec innych ludzi.
Zacząłem pisać, żeby uratować samego siebie. Gdy zaczynałem pierwszą powieść, byłem w takiej sytuacji, z której były jedynie dwa wyjścia: samobójstwo albo ocalenie. Szybko pogrążyłbym się w depresji albo zwariował, gdyby nie książki. I pisarstwo ratuje mnie każdego dnia na nowo. Czasami czuję się tak, jakbym nie miał już wyboru: muszę tworzyć albo umrzeć. Nie ma trzeciej drogi.
@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.0034.001.jpg@RY2@
@RY1@i02/2010/245/i02.2010.245.196.0034.002.jpg@RY2@
Stefán Máni (ur. 1970) - autor powieści z pogranicza thrillera i horroru. Zanim zajął się pisarstwem, pracował m.in. jako cieśla, ogrodnik i stróż nocny. Ma na koncie dziewięć książek, w tym "Statek", wydany niedawno w Polsce nakładem W.A.B.
Islandia uruchamia stereotypy - mocniej niż inne kraje, bo mniej o niej wiadomo. Wulkany, rybacy, gorące źródła, wikingowie, dobrobyt, lodowce, imiona zamiast nazwisk, ludzi tylu co w Białymstoku, nieznośny klimat. I - ostatnio - bankowy krach.
Dużo ciekawiej - słusznie sugerują redaktorzy wydanej właśnie antologii esejów "Islandia. Przewodnik nieturystyczny" (Krytyka Polityczna) - potraktować wulkaniczną wyspę jako społeczne, kulturowe i ekonomiczne laboratorium, w którym można obserwować w miniaturze globalne procesy: błyskawiczną modernizację, eksperyment z welfare state, cywilizacyjne konsekwencje ekonomicznej emancypacji (pojawienie się pokolenia ludzi niemieszczących się w konserwatywnej społeczności rybaków i pasterzy), związaną z tym rewolucję obyczajową, wreszcie - katastrofalne zachłyśnięcie się neoliberalizmem.
Powinno to wszystko, przyznajmy, dać piorunujący efekt w literaturze. Niestety, nie jest nam dana zbyt szeroka orientacja w tej kwestii - książki z Islandii pojawiają się u nas z rzadka.Przed 1989 rokiem były to w zasadzie wyłącznie powieści islandzkiego noblisty (z 1955 roku) Halldóra Kiljana Laxnessa - uznane w PRL-u za słuszne ze względu na mocno lewicowe poglądy pisarza. Po Jesieni Ludów przestano wydawać nawet Laxnessa. Jaskółkami, które nie czyniły wiosny (i występowały w duecie z filmami), były przewrotna powieść "Anioły wszechświata" Einara Mára Gudmundssona (Tower Press 2000), rzecz o pacjentach pewnego islandzkiego szpitala psychiatrycznego, oraz "101 Reykjavik" Hallgrímura Helgasona, kpiarska historia o wyspiarskim państwie dobrobytu, które produkuje emocjonalne i życiowe kaleki.
Przełom nastąpił dopiero w połowie minionej dekady - i to za sprawą kryminałów. Dostaliśmy cztery książki ("Trzeci znak", "Weź moją duszę", "Lód w żyłach", "W proch się obrócisz" - wszystkie wydane przez Muzę) Yrsy Sigurdardóttir z serii o skromnej prawniczce Thorze i dwie znakomite, choć koszmarnie smutne powieści Arnaldura Indridasona ("W bagnie", "Grobowa cisza" - W. A. B.) ze sfrustrowanym policjantem Erlendurem w roli głównej. Do tego doszedł w tym roku znakomity lovecraftowski "Statek" (W. A. B.) Stefána Mániego, psychodeliczny thriller "Kobiety" (Krytyka Polityczna) Steinara Bragiego oraz druga z satyrycznych powieści Hallgrímura Helgasona, nader komiczny "Poradnik domowy kilera" (Czarna Owca). Na oddzielną uwagę zasługuje zaś przedziwna "Skugga-Baldur. Opowieść islandzka" Sjóna (słowo/obraz terytoria) - przepiękny poetycki pastisz literatury romantycznej.
Krótka kwerenda internetowa dowodzi, że i tak na razie poruszamy się w świecie tamtejszego pisarstwa po omacku. W przyszłym roku Islandia będzie gościem honorowym targów książki we Frankfurcie. Miejmy nadzieję, że zaowocuje to nowymi przekładami - a jest na co czekać, zapewniam.
Piotr Kofta
Jakub Demiańczuk
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu